Miecz w cieniu chryzantemy – fenomen roślinożernych mężczyzn

Dziś zapraszam do przeczytania krótkiego wywiadu, który przeprowadziła ze mną Izabela Jułga, autorka bloga – Co mówi Poznań o kobietach? Temat rozmowy – Kim są roślinożerni mężczyźni?

W wywiadzie prawdziwie wybuchowa mieszanka – charakterystyka japońskich roślinożerców (nie chodzi o wegetarian), Kmicic i książę Bogusław, tajemnice bohatera mangi Otomen, Ruth Benedict o dualistycznej naturze Japonii, ruch MGTOW oraz Yukio Mishima.

Jako lektury uzupełniające polecam artykuł naukowy, którego autorem jest Masahiro Morioka – A Phenomenological Study of „Herbivore Men” oraz publikacje Huberta Kozieła, w których wspominam o nadchodzącej epoce związków z waifu i inteligentnymi maszynami.

Poniżej koreański zespół BTS – kwintesencja powierzchownie rozumianej roślinożerności. Enjoy!

Reklamy

O autorze – Imperium kultury

185205_2151201592333_5235341_n

Łukasz Czajka – filozofujący historyk idei zaprasza do wspólnej przygody intelektualnej. Imperium kultury to miejsce, w którym zderzają się różne światy – filozoficznej mądrości i piękna sztuki, wielkich idei i blichtru popkultury, wielkiej wiary i pytań szukających odpowiedzi.

Imperium kultury to internetowe laboratorium, w którym będą pojawiać się intelektualne eksperymenty, przebojowe wywiady oraz materiały dydaktyczne uzupełniające filozoficzno-kulturoznawcze wykłady.

Publikacje online:

Święta anarchia. Wprowadzenie do radykalnej hermeneutyki Johna D. Caputo.

Człowiek jako cierpiące ciało w filozofii Johna D. Caputo.

O pojednaniu tradycji i demokracji w myśli Gilberta K. Chestertona.

The Scandal of the Cross in Chesterton’s Romance of Orthodoxy.

Znaniecki jako krytyk ideologii bolszewickiej.

Po co wspólnotom religijnym marketing?

Spustoszona świątynia. Duchowość w literaturze dekadentyzmu.

The Beauty and War. From the Aesthetics of Violence to the Conflicts in the Communities of Gamers.

Ezoteryzm polityczny Leo Straussa.

Komentarze dla Plusa Minusa:

Zmierzch praw człowieka.

Robotyzacja jak w starożytnym Rzymie.

Wirtualne dziewczyny z Dalekiego Wschodu.

Do posłuchania:

Wywiady o filozofii dla Radia Afera.

Wykład – Motywy antywojenne w anime „Zrywa się wiatr” Hayao Miyazakiego.

Zaprawdę, dziwniejsze będę wydarzać się tu rzeczy!

Fraszka o Helwecji, drabinie Wittgensteina i bieganiu na czterech łapach!

Agnieszka kijak - Fraszkowanie i Bieganie

Zapraszam do lektury wielkanocnego wywiadu. Dziś moim gościem jest Agnieszka Kijak – filozofka, polonistka, nauczycielka szkolna i akademicka, blogerka i biegaczka. Rozmawiamy o sekretach Szwajcarii, różnych obliczach filozofii Wittgensteina, naukowym badaniu aktywności klubów biegowych oraz o psich kompanach sportowej pasji. Zachęcam także do lektury blogerskich wpisów o Fraszkowaniu i Bieganiu.

W trakcie Twojego pobyty w Helwecji miałaś okazję poznać wiele szwajcarskich miast. Które z nich poleciłabyś odwiedzić w pierwszej kolejności? Moim prywatnym faworytem jest Berno. Czy mogłabyś także wymienić trzy zalety Szwajcarii, za które można ją uwielbiać oraz trzy wady, za które można ją znienawidzić?

Szwajcaria to kraj fantastyczny i fascynujący. Bardzo dziękuję za to pytanie, bo dzięki niemu mogę na chwilę przypomnieć sobie miesiące, kiedy tam mieszkałam. Rzeczywiście zwiedziłam wiele miast. Trudno mi wybrać jedno. Każde, które wybrałam, ma coś w sobie: Lucerna z drewnianym mostem o długości 204 metrów (najstarszym w Europie) czy Genewa z Jet d’eau, czyli fontanną, której strumień wody osiąga wysokość 140 m. Pozostając przy wielkościach geograficznych, to chciałabym podać długość ulicy Bahnhofstrasse, ale niestety nie przypomnę sobie. Pamiętam jednak doskonale, że wystarczyło przejść się nią, żeby zobaczyć najważniejsze zabytki, ponieważ prowadzi od dworca kolejowego (jak wskazuje nazwa) aż do Jeziora Zuryskiego, nad którym miasto jest położone, czyli na pewno była bardzo długa. Pamiętam też świetny musical, grany w jednym z tamtejszych teatrów. Zachwyciły mnie także Lugano i Bellinzona położone we włoskojęzycznej części i w ogóle cały kanton Ticino, w którym można było poczuć się prawie jak we Włoszech. Dużo czasu spędziłam w Bazylei słynącej z wielu atrakcji dla dzieci, m.in. zoo i muzeum zabawek (w tym drugim sama spędziłam cały dzień). A Berno? Oczywiście. Jak mogłabym nie podziwiać Berna? Za słowami poematu Juliusza Słowackiego często podążałam nad rzekę Aar by kontemplować i… zajadać się Toblerone… Zatem to już jedna z trzech rzeczy, za które kocham Szwajcarię – czekolada. Wbrew temu, co mówią niektórzy, wcale nie jest za słodka. Jak zresztą czekolada może być za słodka? Druga to język szwajcarski – w każdej odmianie: niemieckiej, francuskiej, włoskiej czy retoromańskiej, a przede wszystkim to, że pomimo wielu języków, Szwajcarzy potrafią się ze sobą porozumieć. Trzecia rzecz to szwajcarskie góry, o których nie wspomniałam wcześniej – widok z Zermattu na Maternhorn jest niesamowity. A rzeczy, za które można Szwajcarię znienawidzić? Na pewno za to, że wszyscy są życzliwi i z uśmiechem mówią „Grüezi” („Dzień dobry” w kantonie Basel). (śmiech) Już wyjaśniam, co mam na myśli. Otóż wszyscy Szwajcarzy w bankach, urzędach są bardzo życzliwi, ale z tą uprzejmością i uśmiechem odmawiają tego, o co się prosi i nic na to nie można poradzić. Drugi minus dla Polaków to oczywiście ceny. A trzecia wada? Nie wiem, może to, że ta Szwajcaria taka mała…

Jakie wyzwania czekają na osoby studiujące w Szwajcarii? Trzeba się przygotować na ciągłe zakuwanie w bibliotekach, czy raczej na permanentną imprezę na śnieżnych stokach? Czy szwajcarski uniwersytet różni się bardzo od polskiego? Z czym Szwajcarom kojarzy się Polska?

O tych wyzwaniach wspomniałam już trochę w odpowiedzi na poprzednie pytanie. Jeśli chodzi o studiowanie, to trudno mi się wypowiadać, ponieważ studiowałam tam w ramach wymiany międzynarodowej, a wiadomo, że to nieco inaczej wygląda. W porównaniu do innych krajów, to – z tego, co słyszałam – Szwajcarzy życzliwie przyjmują zagranicznych studentów. Ale o tej życzliwości też już opowiadałam. Władze uczelni, która mnie przyjmowała, zadbały o to, by studentom z innych krajów nie zabrakło rozrywek: ani naukowych, ani innych. Przed rozpoczęciem semestru zorganizowano bezpłatny dwutygodniowy kurs języka niemieckiego. W trakcie roku akademickiego też można było uczestniczyć w takich szkoleniach, także z języka angielskiego, a dla chętnych szwajcarskiego. Wspominam o tym, bo zajęcia te prowadzone były na wysokim poziomie merytorycznym (poziom oczywiście dostosowany do umiejętności studentów). Można było wybrać kurs konwersacyjny, gramatyczny, a nawet specjalistyczne zajęcia z pisania prac naukowych w wybranym języku. Z atrakcji pozaszkolnych, to oczywiście różnego rodzaju imprezy powitalne, integracyjne, a także wycieczki. Myślę, że wyzwaniem może być załatwienie spraw organizacyjnych. Ja sama miałam duże problemy z rezygnacją z akademika, który wcześniej zarezerwowałam. Nie mogłam też kupić biletu studenckiego bez legitymacji, chociaż w bazie pracowników kolei widniałam jako studentka (w Szwajcarii nie ma ochrony danych osobowych). Nieporozumienia mogą też wynikać z braku znajomości języka, no i tego, że Szwajcarzy – pomimo życzliwości – mają jednak obawy w stosunku do osób, które przyjeżdżają do ich kraju. Dużo łatwiej jest sobie poradzić, jeśli ma się tam kogoś, kto mieszka tam już dłużej.

Przejdźmy do filozofii Wittgensteina, którą badałaś w trakcie przygotowywania pracy magisterskiej. Wiemy, że nie ma jednego Wittgensteina. Jest Wittgenstein Traktatu oraz Wittgenstein Dociekań. Dziś afirmuje się głównie późną filozofię Wittgensteina. Czy rzeczywiście myśli zawarte w Traktacie skazane są na odrzucenie i nie da się ich ocalić?

Rzeczywiście, ja przyjmuję, jak sam autor na końcu Traktatu, że tę drabinę – wykorzystaną do wspięcia się na górę – po osiągnięciu celu należy odrzucić. Co do samego podziału na Wittgensteina wczesnego i późnego, o którym wspominasz, to rzeczywiście jest on wiadomy. Tylko dla kogo? Oczywiście dla nas. Na pewno też dla innych historyków filozofii a może filozofów? Dla tych drugich chyba niekoniecznie. Przecież nie trzeba znać historii filozofii, żeby być filozofem. Pewnie się trochę narażę, ale w sumie nie mam komu, bo ostatnio raczej zdystansowałam się od środowiska filozoficznego. Może właśnie o to chodziło Wittgensteinowi? Celem moich badań nie było zgłębienie filozofii autora Traktatu i Dociekań, lecz wydobycie z niej informacji, czym jest filozofia w ogóle. Nie ta jego – wczesnego czy późnego, lecz filozofia i jej rola we współczesnym świecie. Studentów na Wydziale Nauk Społecznych pewnie nie trzeba o tym opowiadać. Ale w mojej pracy dydaktycznej, każde zajęcia trzeba rozpocząć od odpowiedzi na pytanie po co i komu potrzebna jest filozofia.

Niedawno rozpoczęłaś przygodę z blogowaniem o szeroko rozumianej pasji biegania. Analizujesz specyficzny język, którym posługują się osoby uprawiające ten sport. Czy wraz z językiem zaczyna wytwarzać się specyficzna tożsamość wspólnoty biegaczy? Czy w waszej wspólnocie istnieją podziały na różnego rodzaju frakcje lub stronnictwa, które ową tożsamość postrzegają na odmienne sposoby?

Temat rzeka, ponieważ ostatnio dostrzegam coraz więcej aspektów związanych z bieganiem do przebadania. Znajduje to swój wyraz zarówno na blogu, jak i w artykułach naukowych. Kwestie związane z językiem grupy środowiskowej biegaczy (inaczej socjolektem) przedstawiam raczej w drugiego typu źródłach. Tożsamość oczywiście się wytwarza. Jest to ściśle związane z pojawieniem się socjolektu. Chociaż większość biegaczy z jednego i drugiego nie zdaje sobie sprawy. Silne poczucie wspólnoty wyraża się tym, że osoby trenujące bieganie czują się związane z innymi, nawet jeśli się osobiście nie znają. Elementem wspólnym jest łącząca je pasja. Biegacze bez względu na wiek, zwykle zwracają się do siebie na ty. Również bez znaczenia jest to, w jakim tempie ktoś biega oraz ile kilometrów pokonuje w tygodniu czy miesiącu, kiedy spotyka się na trasie inną biegnącą osobę. Wtedy dobrym zwyczajem jest powiedzenie jej cześć, pomachanie albo wykonanie innego życzliwego gestu. Mogłabym podać oczywiście jeszcze więcej przykładów takich pozytywnych zachowań. Biegacze oczywiście należą do różnych grup i klubów biegowych, jednak ich silne poczucie wspólnoty z wszystkimi uprawiającymi ten sport wiąże się z atmosferą radości i życzliwości.

W bieganiu towarzyszy ci Fraszka, która jest chyba jeszcze szczeniakiem. Jak znosi trudy cotygodniowego biegania? Przypuszczam, że z gepardem u boku nikt jeszcze w Polsce nie biega, ale czy oprócz psów pojawiają się na naszych trasach biegowych jakieś inne zwierzęta towarzyszące?

Rzeczywiście Fraszka zaczęła ze mną biegać zanim ukończyła rok. Wiele osób przestrzegało, że jest jeszcze za młoda, ale jak tu można było jej zabronić? Teraz ma już prawie dwa lata i nadal chętnie towarzyszy mi zarówno podczas treningów, jak i zawodów. Takiej więzi, jaka się wytwarza między człowiekiem a zwierzęciem podczas tego typu aktywności nie zrozumie nikt, kto nigdy nie miał psa. A nawet jeśli miał, to nie zrozumie, jeśli nigdy z nim nie uprawiał żadnego sportu: nie biegał czy nie uczył różnych sztuczek. Jako dowód można podać, jak różne psy towarzyszą swoim opiekunom podczas zawodów. Wydawałoby się, że york czy maltańczyk nie jest w stanie przebiec 5 kilometrów. A jednak to robi. Dlatego, że lubi biegać? Być może. Jednak dużo bardziej prawdopodobne jest, że sprawia mu radość wspólna aktywność z człowiekiem, że widzi, że temu „jego człowiekowi” to sprawia radość. Razem tworzą drużynę. Myślę, że ta rozmaitość psich ras na trasach biegowych na razie wystarczy. A jak to dalej się potoczy, zobaczymy…

Na zakończenie moja muzyczna dedykacja: Placebo – Running Up That Hill.

Poniżej: zaproszenie na spacer po starym mieście Berna.

 

W poszukiwaniu imperium Czyngis-chana

Mongolia Ułan bator

Dziś zapraszam do lektury nowego wywiadu z Adamem Dohnalem (doktorantem Instytutu Wschodniego UAM, współpracownikiem Centrum Znanieckiego i redaktorem naczelnym studenckiego periodyku „Spojrzenie na Wschód”), który przebywa na stażu naukowym w mongolskiej stolicy Ułan Bator.

Od ponad miesiąca mieszkasz w Ułan Bator, w zimie panuje tam bardzo srogi klimat. Jaka była Twoja strategia przetrwania w tych ciężkich warunkach? Co ciebie urzekło w tym mieście, a za co mógłbyś je znienawidzić?

Faktycznie panujące w Mongolii warunki klimatyczne bardzo mocno różnią się od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni, roczna amplituda temperatur osiąga tu często 80 stopni Celsjusza. Jednakże ze względu na bardzo niską wilgotność powietrza oraz położenie nad poziomem morza skrajnie niskie temperatury nie są wcale tak mocno odczuwalne jak w Polsce. Paradoksalnie powiedziałbym, że trudniej jest znieść kilkustopniową temperaturę poniżej zera w Warszawie, niż minus 30 na pustyni Gobi. Pomimo tego mongolski klimat jest jednak bardzo ciężki, widać to szczególnie po twarzach Mongołów. W Ułan Bator po pewnym czasie z łatwością można rozpoznać kto urodził się w mieście, a kto dopiero do niego przybył jak nastolatek. Upalne lata i srogie zimy pozostawiają swoje dotkliwe ślady na twarzach mieszkańców tego kraju. Klimat bezpośrednio wiąże się z jednym z najbardziej uciążliwych aspektów mieszkaniem w Ułan Bator. W zimie stolica Mongolii zasnuta jest prawie cały czas gęstym smogiem, zdarzają się dni kiedy nie widać budynków znajdujących się zaledwie 100 metrów dalej. Przez pierwsze trzy dni mojego pobytu w mieście nie zorientowałem się, że na południu miasta są góry. Dopiero po prawie tygodniu mogłem zobaczyć w miarę pełną panoramę miasta. W północnej części miasta znajduje się dzielnica jurt, zamieszkana przez nowoprzybyłych do miasta mieszkańców prowincji, którzy porzucili koczowniczy tryb życia na rzecz wygód oferowanych przez życie w mieście. Mieszkańcy tego rejonu stolicy ogrzewają swoje domostwa za pomocą prostych piecy węglowych, to w połączeniu z niezwykle niską wilgotnością i ukształtowaniem terenu owocuje szarą chmurą pyłu unoszącą się nad miastem od września do kwietnia. Dodatkowym problemem jest również elektrownia węglowa dostarczająca prądu całemu miastu, ziemia wokół niej jest wręcz czarna od węglowego kurzu.

Jeśli chodzi o pozytywne wrażenia z Ułan Bator, to jest to stosunkowo małe i kameralne miasto, proste w nawigacji, wszędzie można dojść pieszo w ciągu maksymalnie jednej godziny. System transportu miejskiego (autobusy i trolejbusy) są tanie (bilet autobusowy 500 tugrików, bilet trolejbusowy 300), a ich trasy proste do zrozumienia nawet bez jakiejkolwiek znajomości języka. Jednakże pomimo prostej konstrukcji miasto jest strasznie zakorkowane. Dużym plusem jest także możliwość spróbowania kuchni z każdego zakątka Azji, jest tu bardzo dużo restauracji koreańskich, chińskich, japońskich i indyjskich. Natomiast kuchnia mongolska jest smaczna, ale bardzo prosta i mało urozmaicona.

Nie możemy rozmawiać o Mongolii bez poruszenia tematyki związanej z postacią Temudżyna (Czyngis-chana). Czy jest on nadal bohaterem narodowym Mongolii? Czy też mongolskie środowiska naukowe podejmują się prób krytycznego rozliczenia z jego imperialną spuścizną? A może nikt już o nim nie pamięta i wszyscy czczą teraz naszego Bilguuna?

Tak, Czyngis-chan jest bardzo ważną postacią dla tożsamości nowoczesnej Mongolii, nie jest to jedna kult. Pełniona przez niego rola podobna jest do roli jaką pełnią Mieszko I, Bolesław Chrobry lub Lincoln w Stanach Zjednoczonych. Jest on ojcem/reformatorem narodu, który obecny jest na banknotach, banderolach wódki czy też pomnikach, jego imię noszą ulice i hotele. Czyngis-chan jest jednak postacią z odległej przeszłości, dlatego jego imperialna spuścizna nie wywołuje krytycznych sporów, tak samo nie ocenia się zazwyczaj imperializmu Cezara, Aleksandra Wielkiego, egipskich faraonów lub władców Mezopotamii. W dzisiejszych czasach trwa raczej spór o to kto jest prawdziwym spadkobiercą imperium Temudżyna, bowiem Chińczycy, Mongołowie, mieszkańcy Azji Środkowej, ale także Buriaci, walczą o to by zostać uznanymi za prawdziwych spadkobierców jego imperium. Mieszkańcy Azji nie wydają się specjalnie zainteresowani zachodnią kulturą wstydu i dekonstrukcji mitów. Imperium jest powodem do dumy, a podboje Temudżyna są postrzegane jako przykład siły azjatyckich ludów, które pokazują że są w stanie pokonać każdego wroga, nawet europejskiego. Co do naszego lokalnego celebryty, to nikt o nim nie słyszał.

Po przejrzeniu twojej dokumentacji fotograficznej stwierdzam, że nie jest łatwo zakwalifikować Mongolię pod względem przynależności cywilizacyjnej. Tkanka miejska mongolskiej stolicy jest bardzo zróżnicowana, gdyż składają się na nią postsowieckie blokowiska, dalekowschodnia architektura świątynna, tradycyjne jurty oraz nowoczesne drapacze chmur. Interesujący jest także język. Nie jest to rosyjski, ale mieszkańcy Mongolii posługują się zmodyfikowaną wersją cyrylicy. Ciekawie przedstawia się także religijne zróżnicowanie Mongolii. Czy szamanizm nadal jest tam popularny?

Mongolia to faktycznie ciekawa mieszanka kultury azjatyckiej, europejskiej i postsowieckiej. W starej zbudowanej przez komunistów operze można zobaczyć awangardową interpretację Romea i Juli, a także operę o życiu Buddy zrealizowaną w europejskim stylu. Dominującym systemem wierzeń na terenie Mongolii jest buddyzm, który jest najbardziej zbliżony do buddyzmu tybetańskiego, który sam w sobie zawiera wiele elementów wierzeń przedbuddyjskich. Najlepszym przykładem tego są wszechobecne flagi modlitewne, które można napotkać na prawie każdym wzniesieniu i wielu płotach. Poza tym szamanizm ma się także całkiem dobrze i nadal jest w Mongolii spotykany. Na tzw. „czarnym rynku” (największe targowisko w kraju) jest nawet specjalna sekcja dla szamanów, gdzie można nabyć amulety, nogi sokołów, rozgwiazdy i inne podobne artefakty. Nawet w samym Ułan Bator jest sporo ludzi parających się tym zajęciem, zwłaszcza we wspomnianych wcześniej północnych dzielnicach miasta. Część szamanów znajduje się w konflikcie z mnichami buddyjskimi, gdyż uważają oni że buddyzm nie jest prawdziwą religią Mongolii i jest on sztucznie promowany przez państwo. Cześć szamanów otworzyła się też na zachodni rynek ezoteryków i zwolenników duchowości typu New Age, z wielką chęcią przyjmują zachodnie delegacje i legitymizują ich działalności. Pojawiła się też pewna próba skonsolidowania szamanizmu i utworzenia nowego ruch religijnego zwanego tengryzmem, który miałaby być odtworzeniem dawnego kultu nieba, ponoć praktykowanego na terenie Mongolii. Ruch ten nie zyskał wielkiej popularności i raczej stanowi pewną wariację na temat neopoganizmu lub też New Age, niż autentyczne odrodzenie pradawnej religii.

Prowadziłeś badania także na pustyni Gobi. Załapałeś się nawet na uroczystości świętowania nadejścia Roku Małpy. Jak w Mongolii obchodzi się to święto i jak ludzie radzą sobie z trudami życia na pustyni?

Uroczystości nowego roku są bardzo podobne do tych spotykanych w Chinach, to bardzo rodzinne święto podczas którego podróżuje się by odwiedzić rodzinę, wręcza się prezenty (pieniądze i drobne podarki) oraz poznaje się dalszych krewnych. Obchody trwają długo (około tygodnia) i zaczynają się jeden dzień przed nowym rokiem. Na kilka dni przed rozpoczęciem roku rodziny przygotowują ofiarę/ołtarzyk z ciastek, tłuszczu i słodkości oraz drugi z mięsa. Odwiedzający muszą (oprócz wypicia toastu z wódki i sfermentowanego mleka wielbłąda/konia) zjeść coś z obu ołtarzyków. Ołtarzyki przygotowywane są dla lokalnej bogini domowego ogniska, mają one pokazać że gospodarze są zaradni i dbają o swoje rodziny. Ołtarzyki ofiarne przeznaczone są tylko dla przybywających gości, a domownicy mogą z nich korzystać dopiero po zakończeniu świątecznych obchodów. Pierwszego dnia nowego roku każdy musi także wykonać szereg czynności (np. dokonać rytualnego obchodu domu) związanych z własnym znakiem chińskiego zodiaku, dotyczy to przede wszystkim ludzi, których znak zodiaku pokrywa się ze znakiem któremu poświęcony jest dany rok.

Czy w trakcie twoich badań natrafiłeś na jakieś ślady polskości? Czy ludzie w Mongolii mają jakieś skojarzenia dotyczące Polski? Może pamiętają legendarną wizytę Ferdynanda Ossendowskiego?

W Mongolii można znaleźć masę polskich towarów. Przede wszystkim żywność, słodycze, soki, konserwy oraz zeszyty. Ludzie kojarzą Polskę bardzo pozytywnie, wielu uczestników rewolucji demokratycznej studiowało w Polsce i bacznie przyglądało się działalności Solidarności (np. Bat-Erdenijn ,,Baabar,, Batbajar studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim w latach 1973-1980). Polska postrzegana jest jako bogaty kraj Europy Zachodniej o wysokim poziomie życia i edukacji. Natomiast Ossendowski jest postacią nadal w Mongolii pamiętaną, natknąłem się na wspomnienie o nim w jednej z książek którą przeglądałem w uniwersyteckim archiwum. Generalnie dla Mongołów bardzo ważne są zachodnie postacie historyczne, które pisały o przedkomunistycznej Mongolii, takie jak Marco Polo (ma pomnik w centrum stolicy) lub Nicholas Roerich (zachowano dom w którym ponoć mieszkał). Szkoda tylko, że tak pozytywny obraz naszego kraju psują idiotyczne decyzje naszych polityków, którzy zlikwidowali polską ambasadę w Mongolii (w czasie w którym dowodziliśmy mongolskimi siłami w Afganistanie). Polskie władze zignorowały również zniesienie wiz dla polaków na początku 2015 roku, co zaowocowało nie przedłużeniem okresu bezwizowego.

Do obejrzenia namiastka interesującej dokumentacji fotograficznej (pojawia się tajemniczy mongolski Predator), a do posłuchania moja dedykacja muzyczna dla dzisiejszego gościa.

 

From Dust to Life – filozoficzna podróż w świat malarstwa

Małgorzata Myślińska

Dziś zapraszam do lektury kolejnego przebojowego wywiadu. Tym razem moim szanownym gościem jest Gosia Myślińska – wszechstronna i niesamowicie uzdolniona poznańska malarka i filozofka, która zabiera nas w pasjonującą podróż po zakurzonych pracowniach, w których powracają do życia i materializują się idee filozoficzne. Rozmawiamy także o tradycyjnej sztuce w świecie kultury popularnej, o malarstwie na polu bitewnym oraz z humorem analizujemy moje ulubione obrazy. Zachęcam także do odwiedzania wirtualnej wystawy prac mojej rozmówczyni. Polecam też wywiad dla portalu Polish Art Tomorrow.

Niedawno ukończyłaś dyplomowy projekt, którym jest malarska instalacja o intrygującym tytule Rzecz o kurzu. Co sprawiło, że spróbowałaś artystycznie zmierzyć się z kurzem? Luce Irigaray stwierdziła kiedyś, że Heidegger w swoich analizach ludzkiej egzystencji zapomniał o powietrzu, zapomniał o tym, że jako istoty ludzkie musimy nim oddychać. Być może w podobny sposób chciałabyś zwrócić uwagę twórców na to, że kurz pokrywający ich prace jest często pomijanym elementem dzieła sztuki? Czy jeśli na zakurzonym dziele napiszę coś palcem, to dokonuję jego ponownej kreacji?

Kurz pojawił się przy okazji – jak to zresztą bywa w jego naturze. Nie zakładałam, że on się stanie głównym bohaterem a cały mój dyplom spektaklem kurzu. Przestałam po prostu w trakcie pracy udawać, że go nie ma. Byli już artyści, którzy pozwalali swoim pracom pokrywać się kurzem. Robił to już turecki artysta Sarkis, czy Marcel Duchamp. Czy chcieliby aby ktoś pisał po nich paluchem? Nie wiem. Raczej manifestacyjnie przestrzegali przed nie ruszaniem kurzu na powierzchni – przeciwstawiając się muzealizacji.

Fakt, że „wisiało coś w powietrzu” od początku, ale jeszcze tego nie wiedziałam. Od pewnego czasu nie dawały mi spokoju witryny i stół w domu rodzinnym, które stoją obok wielkiej plazmy. Zastanawiało mnie: po co to tu stoi? Takie pełne przedmiotów, niepraktyczne ołtarze pełne osobliwości. Przywodziły one na myśl muzealne gabloty, martwe natury czy sarkofagi. Zastanawiałam się czym się różnią te sprzęty w moim domu od równie dobrze pokrywającego się kurzem malarstwa? Myślałam między innymi o tym, co się dzieje z obrazami kiedy nie „wiszą”, nie są prezentowane, oraz jakie zabiegi i rytuały się z nimi wiążą i co mają wspólnego te światy przedmiotów – dom i galeria? Tu mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie o wypowiedź Luce Irigaray. Tak, chciałam zwrócić uwagę na coś pobocznego, na przedmiot, który przecież ewidentnie jest. Na nośnik obrazu i związane z nim działania.

Kiedy już pokrywałam moje obrazy wieloma warstwami lakieru do drewna, aby utrwalić je na amen, wtedy pojawił się kurz. Zaczął się on odkładać na płótnach pod każdą moją nieobecność w pracowni. Wtedy pomyślałam sobie. No pięknie! Moje obrazy zakurzą się szybciej niż zdążę je komukolwiek pokazać! W tej myśli kryła się wskazówka. Podążając dalej eksploatowałam temat kurzu pod kątem metaforycznym, dopatrując się w nim z jednej strony szkodnika i kolaboranta, z drugiej – biednego włóczęgi bez encyklopedii a jeszcze innym razem głównego bohatera ery okularników, kiedy awangarda a później neoawangarda zapraszały go do gry. Współcześnie stawia się nawet śmiałą, anty-antropcentryczną tezę, że jesteśmy jedynie gwiezdnym pyłem, punktem, jak w tytule książki Carla Sagana The Pale Blue Dot. Bo kurz to w języku angielskim „dust” czyli także pył. Chciałabym kiedyś napisać gruby utwór pt. Traktat o kurzu, tak gruby aby nie znalazł się tęgi umysł na przeczytanie go w całości.

Florian Znaniecki w Upadku cywilizacji zachodniej dostrzegł, że nowoczesna sztuka permanentnie dąży do ustanowienia nowatorskich i awangardowych form artystycznej ekspresji. Jego zdaniem doprowadziło to do stanu, w którym sztuka przyjmując coraz bardziej abstrakcyjne i odległe od realizmu formy, stała się trudna w odbiorze i niezrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. Ujmując to jeszcze inaczej, chodziło o to, że do szerokich mas łatwiej przemawia Straż nocna Rembrandta niż współczesne kompilacje wielobarwnych kleksów. Sądzę, że tradycyjne formy znalazły dla siebie przyczółek w świecie popkultury. Dlatego kultura popularna łatwo dociera do masowego odbiorcy, a współczesna sztuka stopniowo zamyka się w hermetyczności środowiskowych elitaryzmów. Dlaczego współcześni artyści tak zdecydowanie odcinają się od przeszłości?

Nie wiem czy się odcinają. Powiedziałabym raczej, że się odwołują. Niestety ciągle znajdzie się wielu takich, którym na hasło „sztuka współczesna” przyjdzie jedynie Picasso albo impresjonizm. Jeśli chodzi o kleksy, to sama ich nie rozumiem. One nawet nie wołają o zrozumienie. To, że ktoś ich nie zrozumiał i czuje z tego powodu dyskomfort, może powinien się trochę zrelaksować, odpocząć. To trochę tak, jak z wysłuchiwaniem w operze utworów świeckich przy których dawniej świetnie się bawiono a my słuchamy ich ze śmiertelną powagą, bo przecież jesteśmy w teatrze. Ile miałam rozrywki czytając np. Ucztę Platona. Mężczyźni spotykają się na kacu by trochę pogadać o miłości. A Kubuś Fatalista i jego pan Diderota z XVIII wieku? Uśmiałam się do łez! Mam na myśli to, że sztuka ciągle jeszcze kojarzy nam się z czymś elitarnym, więc przybieramy wobec niej różne śmieszne pozy. Chodzi o to, że artyści często wracają do tradycji i ciągle na nowo ją interpretują, nie pozwalając na mnożenie się skostniałych schematów.

Wspominasz o realizmie – a to pojęcie względne, wystarczy np. przytoczyć pytanie o prawdziwość fotografii, czy oko widzi tak ostro jak nam to wskazuje fotografia cyfrowa? Polecam książkę Marii Poprzęckiej Inne Obrazy, która wymienia rodzaje zaburzeń widzenia, skaz, zamglenia mającego odzwierciedlać prawdziwe, bo przecież nie mechaniczne postrzeganie. Sama już pamięć jest tu najlepszym przykładem, takiej selekcji, zaćmienia. A Rembrant zresztą był bardzo nowatorski, dość kontrowersyjny. Malował światłem, światło w jego obrazach dosłownie skacze po powiece. Było to nie do pomyślenie w czasach wiernego oddawania kształtów i lokalnych, realistycznych kolorów przedmiotu.

Jeśli chodzi o tradycję w popkulturze, to nawet jeśli przemycone zostanie do masowego odbiorcy jakieś dzieło, pozostanie on zawsze leniwym odbiorcą masowym, a przemycone dzieło dla tego odbiorcy będzie nadal przemyconym dziełem w kulturze masowej. Nie wniesie to nic, żadnej nowej wiedzy, za Kantem powiedziałabym, że nie wytwarza się tu żaden sąd. Niestety sztuka wymaga zaangażowania, a wtedy możemy się zastanowić czy nadal jest to odbiorca masowy? Ale wieści dobre mam takie, że frak i binokle możemy zostawić na inną okazję, sztuka jest dla nas i tylko od nas zależy czy „działa”.

Ostatnio zwróciłem moje zainteresowania badawcze ku biografiom intelektualnym miast. Czy możesz wskazać stolicę współczesnego malarstwa? Czy jest takie jedno miasto, w którym każdy chciałby mieć swoją wymarzoną pracownię? A może wielkie metropolie są przereklamowane i artystycznego natchnienia lepiej szukać w górskich chatach lub duchowych samotniach na rubieżach świata?

Miejsce gra rolę, ale już chyba tylko w kontekście siebie samego czyli działań w rodzaju site-specyfic. Tak mi się przynajmniej wydaje, liczą się chyba relacje, aktywność i żywa wymiana myśli, która przebiega dziś, jak wiadomo, w dużej mierze w sieci. Czasem też przychodzi taka pora, by się na trochę odciąć od świata lub gdzieś pojechać. Wybieram się niebawem do Rumunii, już wiem że nikt się tam nie zatroszczy o mnie, pojawię się w nowym środowisku, bez pieniędzy, bez znajomości. Wiem że będę pracować w przestrzeni, robić jakieś zapiski, zdjęcia, może udam się w podróż. Pewnie, że fajnie mieć pracownię w dużym mieście, ale to nie powinno, zresztą nie sądzę aby warunkowało pracę. Wiem, że istnieje taki stereotyp pracowni – bałagan odbijający stan duszy artysty, jakieś osobliwe nierozegrane płótno czekające na ustąpienie rozterek, chętnie powielany w powieściach o malarzach jak w utworach: Tunel Ernesta Sabato, Mapa i terytorium Michela Houellebecqua, czy Nuda Albertha Moravi. Ktoś powiedział, że obecnie dom jest tam gdzie znajduje się laptop, więc może skoro artyści często dzielili swoje pracownie z sypialnią, to może jest to odpowiedź na to jak by się współcześnie sytuowała artystyczna przestrzeń?

Z czasów mojej podstawówki pamiętam powiedzenie: „Pokarz mi swój zeszyt, a powiem ci kim jesteś”. Ponoć ludzka dusza jest zaklęta w książkach znajdujących się na półkach prywatnych bibliotek. A może owa dusza najmocniej obnaża się poprzez obrazy wiszące na ścianach ulubionych pokoi. Gdybym miał wybrać, spośród wszystkich możliwych dzieł wszechczasów, trzy dzieła do mojej filozoficznej pracowni, to zdecydowałbym się na: Śmierć Marata – J.L. Davida, Wędrowca nad morzem mgły – C.D. Friedricha oraz Oblężenie Roszeli – Henri’ego Motte. Jaki duch, jakie podejście do malarstwa, jakie idee zaklęte są w takim zestawie dzieł?

Scena postaci odwróconej tyłem na tle nieokiełznanego żywiołu jest tak często powielana w popkulturze i wszelkich odniesieniach artystów, że gdy teraz ktoś się do tego motywu odwołuje to nie wiem czy na poważnie czy z ironią. W poznańskiej galerii Arsenał została pokazana praca Wojciecha Pustoły, wideo z 2010 na którym obserwujemy mężczyznę stojącego tyłem na tle morza i gór, który nagle mąci spokój przedstawianej sceny ulżeniem sobie w mdłościach wywołanych prawdopodobnie opatrzonym pejzażem. Odpowiedziałabym Ci więc, że gratuluję świetnego poczucia humoru! W przypadku dwóch pozostałych, to powiedzieć mogę coś jedynie o obrazie J.L. Davida, ponieważ drugi nie był mi jak dotąd znany. W obrazie Śmierć Marata kryje się na pewno sporo intrygi. Taki obraz z niezłą historią „za plecami” (i w dodatku z wątkiem kryminalnym) mógłby wciągnąć niejednego ignoranta, jeśli chodzi o sztukę. Jest to właściwie nawet gotowy scenariusz do filmu! Tak więc myślę, że na podstawie tego zestawu można by powiedzieć, że jesteś zabawnym, może odrobinę melancholijnym facetem, który lubi czasem poczuć dreszczyk emocji.

Jakiś czas temu dobiegły końca moje zmagania z radykalną hermeneutyką i postmodernistycznym chrześcijaństwem. W tej chwili rozglądam się za nowym przedmiotem badań. W pierwszym odruchu moje myśli zwróciły się ko wojnie, jako potencjalnemu tematowi przyszłych badań filozoficznych. Jakie są związki wojny i malarstwa? Jakimi dziełami powinienem się, Twoim zdaniem, zainteresować w pierwszej kolejności?

Mielibyśmy tu do czynienia z cała masą malarstwa batalistycznego, ale można się odnieść do batalii o wolność wypowiedzi, zniesienie cenzury itp. Dramatyczne działania czasami podejmowali artyści – performerzy w II połowie XX wieku o równość praw człowieka, równouprawnienie kobiet, Abramovic, Valie Export, Ukeles, Regina José Galindo. Inna batalia toczy się o obrazę godności osobistej i uczuć religijnych, czego mamy wiele przykładów u siebie, takich jak atak Olbrychskiego z szablą na wizerunki aktorów, którzy wcielali się w role nazistów, czy zniszczenie pracy Mauricia Cattelana Dzięwiąta godzina. Są i w historii dzieła, które stawały się kością niezgody, jak freski w kaplicy sykstyńskiej Michała Anioła i jego spór z papieżem Juliuszem II. Mamy też upamiętnione sprzeczki, jak kłótnia Van Gogha z Gauginem i słynny autoportret z odciętym uchem. Wracając do malarstwa ciekawy jest obraz Walka postu z karnawałem Petera Breugla, symbolizujący walkę Kościoła Katolickiego z Reformacją. Przychodzi mi też do głowy Andrzej Wróblewski i jego pełne dramaturgii obrazy związane z wojną i okupacją. Tak więc zależy to od podejścia. No i warto oczywiście pamiętać, że najbardziej znany obraz w Polsce to właśnie scena batalistyczna!

Poniżej: wykład mojej rozmówczyni wygłoszony w wirtualnym świecie Academia Electronica. Temat wykładu: Kurz w dobie okularników.

 

Wywiad – W poszukiwaniu schronienia dla umęczonych nowoczesnością

198560_1015424190757_4208_n

Czas na kolejny wpis z mojej serii mini wywiadów. Dziś moim gościem jest Maciej Szymkiewicz (Dante) – filozof poszukujący iskier wieczności w tym co skończone i przemijające, uczestnik wielu intelektualnych agonów oraz zapalony bibliofil. Zachęcam także to przeczytania rozmowy mojego gościa z Andrzejem Fiderkiewiczem oraz do zaglądania do najnowszej internetowej przystani dla Duszy Powstańca.

Rozpocznijmy od próby nakreślenia krótkiego podręcznika tradycyjnego życia. Czy tradycjonalista to osoba myśląca i starająca się żyć na sposób prenowożytny w nowoczesnym lub już nawet ponowoczesnym świecie? Jak wygląda świat życia tradycjonalisty? Jakie są jego lektury, codzienna kuchnia, style ubierania, rytuały i misteria?

Kluczowym słowem w tym pytaniu jest „podręcznik”. Człowiek Tradycji żył w pewnych wzorach, które po prostu miał dane. Dziś tak zwany tradycjonalizm to wybór pewnego lifestyle’u. Przy takim zaś wyborze dochodzi czasami do aktów mitologizacji i kreacji. Nie da się na 100% żyć tak jak nasi przodkowie. Rodzimowiercy nie składają ofiar z ludzi, nie słuchamy tylko muzyki dawnej, ale także wykonawców współczesnych. W dawnych czasach nie wszystko było dobre, a dziś nie wszystko jest złe. Osobiście podzielam zdanie tych, którzy jak Gómez i Jünger poszukiwali pewnej wiecznej esencji a nie starali się trzymać sztywno dawnych wzorów.

Czy Tolkien może zostać uznany za idola dla przynajmniej jakiejś części tradycjonalistów? Sądzę, że Tolkien może uchodzić za takiego prenowożytnego bohatera, który jednak potrafił zawładnąć duszami ludzi współczesności. Być może byłby to przejaw tlącej się nostalgii za tym prenowożytnym światem. Nie chcemy już w nim żyć, ale nadal lubimy za nim tęsknić.

Jung wyraził kiedyś przekonanie, że ludzie XX wieku na poziomie psychologicznym nie przyjęli jeszcze całościowo doświadczeń z dawnych wieków, więc zmieniająca się jak kalejdoskop nowoczesność jest dla nich sporym problemem. Tolkien i Inklingowie mieli wyjątkowy dar rozumienia starych opowieści. I to ich rozumienie pozwalało im tworzyć opowieści, które są schronieniem dla zmęczonych nowoczesnością ludzi.

Świat prenowożytny był też światem wojowników. Odbyłeś zasadniczą służbę wojskową. Czy było to dla Ciebie doświadczenie przekształcające w jakiś sposób Twoje dalsze życie. Czy w trakcie Twojej służby zadbano by oprócz kształcenia z zakresu wojskowego rzemiosła, budować także etos wojownika?

Nowoczesna armia, obrazowo to ujmując, potrzebuje zarówno wojowników jak i biurokratów. Ja niestety trafiłem do tej drugiej części. Stąd raczej moja odpowiedź musi być negatywna. Poznałem tę stronę nowoczesnej armii, która nie jest wojownicza i która jak najbardziej jest częścią nowoczesności. A oprócz tego poznałem elementy systemowej niewydolności Polskich Sił Zbrojnych.

W Twojej aktywności internetowej napotykam często powracający motywy wilka. Co wyróżnia wilki spośród innych zwierząt? Dlaczego wilk a nie panda? Samotny wilk czy raczej wataha wilków?

Co dla mnie wyróżnia wilki spośród innych zwierząt? Nie potrafię tego do końca zracjonalizować. Wilk jest takim moim totemem, który pozwala mi dotrzeć do pewnych moich pokładów psyche, a może nawet jeszcze dalej. Zarówno wataha jak i samotny wilk są dla mnie ważne. To po prostu inne aspekty Rzeczywistości. A pandy też lubię. Jak w końcu zagram w World of Warcraft to na pewno wybiorę pandarena.

Na koniec chciałbym zapytać o twoje wspomnienia z okresu studiowania filozofii. Co było obiektem Twoich badań podczas przygotowywania pracy magisterskiej? Być może masz listę zapomnianych filozoficznych dzieł, które warto przypomnieć współczesnym poszukiwaczom mądrości oraz listę przereklamowanych mącicieli w zagubionych głowach?

W czasie pisania pracy magisterskiej zajmowałem się żydowskimi korzeniami chrześcijaństwa. Dziś jestem niezadowolony z tego jak tę pracę napisałem. Zwłaszcza teraz po zapoznaniu się z myślą Erika Petersona napisałbym ją inaczej. Indeksu Ksiąg Zakazanych lub Nakazanych nie chciałbym tworzyć. W czasie studiów zarówno „oświeceni” jak i „prawi” wykładowcy krytykowali postmodernizm. Sam tą krytyką przesiąkłem. Po latach się przekonałem, że ten cały postmodernizm nie był wcale taki bardzo zły. Chociaż jedną radę pozwolę sobie dać. Filozofów polskich traktowało się trochę po macoszemu, choć był odrębny przedmiot poświęcony rodzimym myślicielom. Więc moja rada: czytajcie Zdziechowskiego.

Dedykacja muzyczna dla mojego gościa – Lana Del Rey – Dark Paradise.

 

Bękart Wieczorkiewicza

Hubert Kozieł

Po dłuższej przerwie wracam z kolejnym wywiadem. Moim dzisiejszym gościem jest Hubert Kozieł – przebojowy publicysta, wnikliwy analityk stosunków międzynarodowych, pogromca prawicowego i lewicowego dziadostwa, lider Kawaii Radykalnego Centrum, oraz autor dwóch kultowych blogów (http://foxmulder2.blogspot.com/http://foxmulder.blox.pl/html)

Pamiętam czasy kiedy to na Twoim blogu pojawiała się publicystyka historyczna, której narracje wyprzedzały, to co dzisiaj mają do zaoferowania Zychowicz i Ziemkiewicz. Jednakże od jakiegoś czasu dostrzegam wyraźny zwrot w Twojej publicystyce, która coraz częściej zmierza ku zaoraniu teorii wcześniej wymienionych publicystów. Skąd ta zmiana?

Mam wrażenie, że historyczne hipotezy jakie stawiałem w ostatnich miesiącach na swoim blogu, to o wiele bardziej szokujący rewizjonizm niż można znaleźć w pracach Piotra Zychowicza czy też ś.p. prof. Wieczorkiewicza. To co teraz głoszę jest po prostu kolejnym etapem historycznego rewizjonizmu, który jednak nie poszedł w ślepą niemiecką uliczkę. Na studiach wielkim odkryciem była dla mnie twórczość Józefa Mackiewicza, tezy jakie stawiał w Nie trzeba głośno mówić czy też w Optymizm nie zastąpi nam Polski, a także Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945 Władysława Poboga-Malinowskiego i publicystyka Władysława Studnickiego. Byłem przekonany, że nie wejście w sojusz z III Rzeszą w 1939 r. było naszym ogromnym błędem. Starałem się zrozumieć dlaczego ten błąd został popełniony, a im bardziej się wgłębiałem w temat, tym więcej napotykałem anomalii i byłem coraz bardziej przekonany, że historia Września ’39 i polskiej drogi ku wojnie jest równie zamglona jak dzieje Polski z czasów Dagome Iudex. Gdy szukałem odpowiedzi na pojawiające się pytania, powstała nowa, spójna i zarazem bardziej heroiczna, „mocarstwowa” wersja naszej historii. Wersja w której jest co prawda dużo zdrady, ale jest dużo mniej zidiocenia niż chciałby np. taki Rafał Ziemkiewicz uważający, że wszystko w naszej historii, czego nie robił Roman Dmowski było do d… . Dodam, że bardzo cenie sobie Piotra Zychowicza. Miałem okazję go poznać w redakcji „Rz” i myślę, że robi on kawał dobrej roboty redagując swój miesięcznik i popularyzując historię. Waldemar Łysiak nazwał go i jemu podobnych młodych historyków „Bękartami Wieczorkiewicza” (nawiązanie do „Bękartów wojny” Tarantino). Myślę, że ja się również zaliczam do grona tych „bękartów”.

Pierwszy raz z Twoimi publikacjami spotkałem się czytając nieistniejący już portal Europa 21, który, moim zdaniem, był jedyną ostoją neokonserwatywnej myśli w Polsce. Czy Twoim zdaniem neokonserwatyzm może wywalczyć dla siebie miejsce na polskiej scenie politycznej? Czy radykalne centrum mogłoby współpracować z neokonserwatystami?

Neokonserwatyzm to jeden z najbardziej opluwanych nurtów myśli politycznej i już z tego powodu trudno byłoby mu się zakorzenić na polskiej scenie. Wiele osób, które w Polsce przyznawało się do neokonserwatyzmu nasłuchało się, że są „trockistami”, „mordercami palestyńskich dzieci” czy „jakobinami”. Neokonserwatyzm musi więc zostać przebrandowany i dostosowany do polskich warunków. Wówczas będzie mógł rozgałęzić się na centroprawicy. Radykalne centrum jak najbardziej może i powinno współpracować z neokonserwatystami, zwłaszcza, że oba nurty wypływają z podobnych źródeł.

Na blogu coraz częściej pojawiają się wątki związane z Kawaii Prawicą i Kawaii Radykalnym Centrum. Dlaczego prawica powinna zwrócić się ku mandze i anime? Dlaczego forpocztą mangowej rewolucji na prawicy mają być czołgistki z Girls und Panzer i obłąkane yandere, a nie katoliccy tradycjonaliści z Instytutu Iskariota?

Anime i mangę cenie sobie przede wszystkim za kreatywność i sposób w jaki poruszane są tam różne ważne tematy (przyjaźń, poświęcenie, miłość, granice oraz istota człowieczeństwa, podejście do misji życiowej). W sytuacji gdy kultura zachodnia przechodzi głęboki kryzys powinniśmy ożywić ją wschodnimi inspiracjami. Nie mam tu tylko na myśli japońskich produkcji. Kinematografia z chińskiej strefy kulturowej jest również bardzo ciekawa – takie filmy jak Dotyk grzechu, Ostrożnie! Pożądanie, Kwiaty wojny, Miasto żywych i umarłych to naprawdę mocne obrazy, z których powinni czerpać inspirację polscy twórcy, by odnowić naszą kulturę. Czemu forpocztą mangowej rewolucji na prawicy miałyby być słodziutkie panienki z Girls und Panzer, wymachująca siekierką Yuno Gasai czy demonicznie śmiejąca się Shion Sonozaki? Fascynuje mnie sposób w jaki w azjatyckich produkcjach ukazywana bywa kobiecość. Gdy odwiedzam Azję Wschodnią widzę, że tamtejsze kobiety mają niesamowitą inteligencję emocjonalną, są bardzo uczuciowe i potrafią się zachowywać według podobnych, ciut przerysowanych wzorców jak z anime. Tymczasem kobiecość na Zachodzie przeżywa bardzo poważny kryzys, to się przekłada na kryzys rodziny. Nie zwalczymy go purytanizmem w stylu Mirosława Salwowskiego czy miesięcznika Egzorcysta. Trzeba Zachód ożywić wschodnim wiatrem, by w ten sposób wzmocnił swoją tożsamość.

Z wiadomych względów nie mogę pominąć pytania o filozofię. Czy miałeś jakąś pozytywną lub negatywną przygodę z filozofią. Być może jakiś myśliciel w sposób szczególny ciebie zainteresował, a może masz czarną listę filozoficznych szkodników?

Do moich ulubionych filozofów należy o. Józef Bocheński, człowiek logiczny i zdroworozsądkowy aż do bólu. Pracą filozoficzną lub quasifilozoficzną, która zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie była… Doktryna faszyzmu Mussoliniego. Włoski dyktator pokazał się tam jako ojciec postmodernizmu, pokazujący że nie należy za bardzo przywiązywać się do politycznych dogmatów, bo raz sprawdza się demokracja, raz dyktatura, innym razem konserwatywna monarchia. Ostatnio czytałem znakomitą książkę Liberalny faszyzm Jonaha Goldberga i wiem, że Mussolini inspirował się wówczas Jamesem i amerykańskim pragmatyzmem. Oczywiście uważam, że faszystowski eksperyment we Włoszech się nie sprawdził i powielanie go po 70 latach w Polsce czy jakimkolwiek innym kraju byłoby zwykłą błazenadą. Nie mam listy filozoficznych szkodników, ale do tego grona zaliczam m.in. Woltera i Aleksandra Dugina. Dużo więcej szkody od tych przereklamowanych filozofów robią w ludzkich umysłach niedouczeni profesorowie tacy jak Adam Wielomski, którzy kultywują historyczną, politologiczną i filozoficzną ignorancję.

Niedawno pojawiła się Twoja debiutancka książkaVril. Pułkownik Dowbor. Czego możemy się spodziewać? Nowego Zmierzchu, bardziej hardcorowej wersji Pięćdziesięciu twarzy Greya, a może epopei pisanej ku pokrzepieniu patriotycznych serc?

To na pewno nie Zmierzch, czy 50 twarzy Greya i nie jest to też opowiastka ku pokrzepieniu serc. To raczej połączenie motywów znanych z twórczości Ossendowskiego, Baliszewskiego, Igora Witkowskiego i serii Indiana Jones. Ale masz rację w tym, że są tam moce nadprzyrodzone, jest erotyka i są wątki patriotyczne. Wszystko w dużej ilości, ale nie przesadnie dużej. Jedna ze znajomych porównała moje dziełko do twórczości Mastertona i stwierdziła, że mam zadatki na jego polski odpowiednik. Co ciekawe, wątki historyczne absolutnie jej nie interesowały a największą uwagę poświęciła wątkom romansowym. Inni skupiają się na wątkach historycznych, jeszcze inni na wątkach nadprzyrodzonych. Wszyscy twierdzą jednak, że czyta im się moją książkę przyjemnie. Zachęcam więc do czytania i dzielenia się swoimi wrażeniami.

Na koniec pozostaje mi poruszyć temat związany z coraz rzadszym pojawianiem się na blogu wątków związanych z ingerencją istot pozaziemskich w proces formowania się naszych cywilizacji. Jaki jest Twój stosunek do koncepcji „antycznych kosmonautów”? Sam starałem się ostatnio przebrnąć przez publikacje Sitchina. Moim zdaniem zajmował się on tworzeniem literatury science-fiction, która została błędnie zinterpretowana jako dzieło popularnonaukowe, które coś tam dowodzi. Pytanie o istnienie inteligentnego życia poza Ziemią nie jest nieracjonalne, zadawał je nawet Kant. Jednakże opowieści Sitchina o „incydencie z Wieżą Babel” (jako silosem rakietowym obcych) i o antycznej broni nuklearnej, to niezłe bajki.

Sitchina czasem rzeczywiście ponosiła wyobraźnia, ale większość jego argumentów mnie przekonała. Jego głęboka znajomość starożytnych przekazów i bliskowschodnich języków pozwoliła mu połączyć wiele anomalii w jedną, spójną opowieść z wiarygodną chronologią. Zafascynowałem się jego twórczością po przeczytaniu Wojen bogów i ludzi. Jeśli chodzi o antyczną broń nuklearną, to przypomnę, że przekonany o jej realności był m.in. Robert Oppenheimer. Pytany czy wybuch bomby atomowej na poligonie pod Alamogordo w lipcu 1945 r., był pierwszym takim wybuchem, odpowiedział: „Tak, w czasach nowożytnych”. Obserwując pierwszą amerykańską nuklearną detonację cytował fragmenty „Mahabharaty” poświęcone podobnej broni bogów – piorunowi Indry. Myślę, więc że historia o „antycznych astronautach”, opowiedziana chociażby w filmie Prometeusz nie jest tak daleka od prawdy jak niektórym mogłoby się wydawać. Tysiące lat temu rzeczywiście przebywały na ziemi istoty dysponujące bardzo zaawansowaną techniką, którzy bawili się w bogów. Inną kwestią jest kim one rzeczywiści były.

Poniżej: muzyczna dedykacja od zwolenniczek Kawaii Radykalnego Centrum.

 

Fenomen Waifu/Husbando

Hubert Kozieł opublikował hardcorowy artykuł o kontrowersyjnym fenomenie waifu/husbando, czyli zjawisku wirtualnych dziewczyn/chłopaków, które to zrodziło się w subkulturze japońskich otaku. Autor umieścił w swoim artykule moje cztery komentarze. Oprócz lektury samego artykuły, polecam poniższe uzupełniające materiały, które będą pomocne w zgłębieniu wszelkich aspektówch zjawiska waifu.

Miłość do waifu przybiera najczęściej dwie formy: związku z poduszką (dakimakura), na której nadrukowana jest mangowa postać lub związku z wirtualnym awatarem (np. bohaterką gry Love Plus na Nintendo DS). Fenomen waifu nie jest całkowicie nowym i obcym kulturze zachodniej zjawiskiem, gdyż już w czasach antycznej Grecji miały miejsce przypadki zakochiwania się, a nawet intymnego obcowania z pięknymi posągami, wystarczy przywołać opowieść o Pigmalionie. Przemysław Pintal, komentując fenomen waifu, celnie przywołał coraz bardziej powszechne zjawisko sexodusu, czyli rezygnacji młodych mężczyznach z intymnych relacji z kobietami i ucieczki w uzależnienie od pornografii lub aseksualizm. Temat sexodusu rozwinął w swojej publicystyce Milo Yiannopoulos, który jest także autorem prowokacyjnego artykułu na temat nadchodzącej ery sex-robotów. Co się stanie jeśli branża erotyczna pójdzie w tym kierunku? Tam gdzie prostytucja jest pełnoprawnym zawodem, pracodawcy będą dążyć do minimalizacji kosztów ludzkich, a związki zawodowe będą bronić miejsc pracy. Natomiast idealnymi nabywcami nowego produktu jakim będą realistyczne sex-roboty, będą „seksualni proletariusze”, znani z powieści Michela Houellebecq’a. W kwestii syntetycznego seksu wypowiedział się także Žižek. Nie zapominajmy też, że trzeba zapytać także o etyczny wymiar związków z waifu. Czy można swobodnie zdradzać waifu, jeśli jest tylko efemerycznym bytem wirtualnym? Czy waifu może być podmiotem moralnym, jeśli nie może decydować za siebie i nie doznaje cierpienia? Pytania mogą brzmieć nieco kuriozalnie, ale jeden z zakochanych w waifu otaku stwierdził, że nie dokona aktualizacji oprogramowania swojej waifu, gdyż to uczyniłoby z niej zupełnie inną osobę. Poniżej zwiastun filmu Ona, który jest dobrym punktem wyjścia do refleksji nad związkami z waifu.

 

Święta anarchia – soundtrack do książki

Święta anarchia

Po miesiącach edytorskiej udręki powoli kończy się długa praca nad moją debiutancką książką. Premiera książki 15 września, będzie jej można poszukiwać na stronach Wydawnictwa Naukowego WNS UAM.

Dziś przedstawiam coś wyjątkowego. Specjalnie przygotowany soundtrack do książki!! Jeden utwór do każdego rozdziału (plus specjalna dedykacja muzyczna).

1. Mark Streitenfeld: Life (Prometheus Soundtrack) – Wprowadzenie do sekretów świętej anarchii tworzonej przez krzyż Jezusa i chore Platona.

2. Passion Pit: Swimming in The Flood – Wykuwanie się radykalnej hermeneutyki w sporach z Heideggerem, Gadamerem i Derridą oraz radykalno-hermeneutyczny flux i flow.

3. Hans Zimmer: Black Hawk Down Main Theme– Poetyka zobowiązania wobec bólu umęczonych ciał.

4. Beyonce: Ghost– Modlitwa do widma nieznanego Boga słabych i głupich w oczach tego świata.

5. Ryan Amon: Elysium– Mesjaniczność demokracji, która ciągle nadchodzi, ale nigdy nie nadejdzie.

6. Portal: Still Alive– Nauka stawia opór radykalnej hermeneutyce!

7. Spiritual Front: Jesus Died in Las Vegas – Przeciw „słabej teologii”: radykalny ateizm, romanca o ortodoksji i rewolucja towarzysza z Tarsu.

8. Two Steps From Hell: Forgotten September– Życzliwe imperium w świecie radykalnej demokracji.

9. The Glitch Mob: We Can Make The World Stop – Podsumowanie: koniec Projektu Postmodernizm i powrót do metafizyki?

Bonus Track:

10. One Direction: You and I – Otwarta dedykacja czekająca na wyjątkową osobę.

 

Czy tylko Bóg wybacza?

Film Refna, choć estetycznie znakomity, znalazł się pod ostrzałem wielu frustrackich bluzgów, których naczelnym zarzutem było oskarżenie o bełkotliwość i pseudointelektualizm fabuły. Czy da się ocalić jego intelektualne przesłanie?

Słońce Zachodu zachodzi na Wschodzie

Rzadko dostrzega się, że film zawiera subtelną konfrontację Zachodu i Wschodu. Zachodni przybysze nie są przedstawieni jako wszechmocni kolonizatorzy lub podróżnicy niosący światło cywilizacji. Z jednej strony są poranionymi sierotami, których relacje rodzinne i społeczne są poważnie zaburzone. Stąd wyraźna obecność w filmie freudowskich motywów kazirodztwa, kompleksu Edypa, fantazji o powrocie do matczynego łona. W tym przypadku Daleki Wschód miałby być spokojną przystanią, w której łagodzić można cywilizacyjne choroby Zachodu. Z drugiej strony przybysze z Zachodu jawią się jako wyjęci spod prawa wykolejeńcy, dla których Wschód ma stać się miejscem schronienia przed wyrokami sprawiedliwości.

W podobnie dualistyczny sposób ukazany jest także świat Dalekiego Wschodu. Gdy w pierwszych scenach filmu, brat Goslinga deklaruje chęć spotkania się z diabłem, to oznacza to konfrontację z przesłoniętym półmrokiem światem powszechnej prostytucji dziecięcej i wszechobecnej przemocy. Oniryczne światła filmu odkrywają to oblicze skrywane za słońcem oficjalnych broszur turystycznych. Jednakże świat azjatyckiego Wschodu jawi się także jako ostatnia ostoja szlachetnych cnót i rycerskiego etosu, którego ucieleśnieniem jest policjant Chang. Kto wygrywa w tej konfrontacji? Nieoczekiwanie okazuje się, że poobijani ludzie Zachodu są nadal wystarczająco silni, by zdominować przeciętnych mieszkańców przemykających ciemnymi ulicami miast. Natomiast w konfrontacji z obrońcami starych cnót, ludzie Zachodu zostają totalnie zgniecieni, co pokazuje walka Changa i Goslinga.

Duchowość w świecie bez Boga

Tytuł filmu wydaje się być zwodniczy, gdyż jego uniwersum jest światem wyraźnie obywającym się bez Boga. Bezpośrednie motywy religijne pojawiają się tylko na marginesach filmu, w skromnych aluzjach i podtekstach. Przy odrobinie wysiłku można jednak przedstawionym wydarzeniom nadać interpretację religijną i zrekonstruować filmową duchowość. Kwestią sporną pozostaje to: czy interpretować film w kategoriach religii chrześcijańskiej czy też kultów dalekowschodnich? Podążę drogą chrześcijańską, gdyż jest mi lepiej znana.

W pierwszej kolejności należy podkreślić, że w filmie nie pojawia się Bóg. Nie jest nim inspektor Chang, który posiada wyjątkowe zdolności i jest nietykalny. Jest on raczej jedynie wyjątkowym reprezentantem dobra i sprawiedliwości, który jednakże cały czas kieruje się logiką spłaty długów (oko za oko), dlatego słusznie jest nazywany Aniołem Zemsty. Chang nie jest Bogiem, ponieważ nigdy tak naprawdę nie wybacza.

Zagadkowymi momentami filmu są dziwne koncerty karaoke, które pojawiają się po brutalnych aktach ustanawiania sprawiedliwości na tym świecie. W tym aspekcie film w jakimś stopniu wydaje się naśladować antyczną tragedię, w której przemocy ma towarzyszyć katartyczne uspokojenie i rozładowanie negatywnych emocji. Tu także przejawia się typowa dla dalekowschodnich religii logika równowagi, w myśl której zła karma (brutalne akty sprawiedliwości) musi zostać zbalansowana przez dobrą karmę (sielankowe piosenki o miłości). Koncerty karaoke są więc rytuałami oczyszczenia.

Przebaczenie a logika pojednania

Film kończy scena, której możemy przypisać znaczenie ewangeliczne. Obserwujemy w niej Goslinga, jako skruszonego grzesznika, który pokornie wystawia ręce, by mu je docięto. Jeśli twoje ręce są źródłem grzechu, odetnij je. Lepiej byś ułomnym wkroczył do Królestwa niebieskiego, niż byś miał sprawnym zmierzać ku zatraceniu. W tej scenie wyraźnie widać, że cały film przesiąknięty jest „logiką pojednania”. Wyznanie winy, skrucha, rekompensata i pojednanie. Oto logika spłaty długu, którą rządzi się „ten świat”, o którym wspominał św. Paweł.

Natomiast Królestwo boże rządzi się szaloną logiką i głosi radykalizm ewangelicznego przebaczenia. Przebaczenie jest darem, który powinien być udzielany tym, którzy nie odczuwają skruchy i tkwią przy złu. Zdrowy nie potrzebuje bowiem lekarstwa, które najbardziej potrzebne jest temu, który pogrążony jest w chorobie grzechu. W takim przypadku przebaczenie staje się pozytywną prowokacją, nadmiarem i ekscesem dobra, który ma przywieść do Boga i sprawić, że w człowieku dokona się metanoia (tu rozumiana jako przemiana serca, a nie Platońskie zwrócenie się ku słońcu prawdy). Zaprawdę, tylko Bóg prawdziwie wybacza!

Do obejrzenia: kolejna ciekawa interpretacja filmu. Do posłuchania: utwór – Wanna fight. Poniżej: starcie Wschodu i Zachodu.