Django i Booker T. Washington – dwie drogi wychodzenia z niewolnictwa

Booker T. Washington Django

You can’t hold a man down without staying down with him.

Kim jest Booker T. Washington?

Wszyscy znają Martina Lutera Kinga i Malcolma X. Kto pamięta o innym amerykańskim bohaterze walki o prawa obywatelskie jakim był Booker T. Washington (niektórzy mogą go mylić ze znanym zawodnikiem amerykańskiego wrestlingu). Washington urodził się niewolnikiem, a wolnym człowiekiem stał się wraz ze zniesieniem niewolnictwa w Ameryce. Od tego czasu rozpoczął swój brawurowy marsz ku coraz wyższym szczeblom politycznej, naukowej i wychowawczej kariery, tym samym stając się kolejnym przykładem możliwości wcielenia w życie amerykańskiego snu o karierze, która swe początki ma w ciężkiej pracy ludzi z nizin społecznych. Jego odpłatą za niewolę, której doświadczył za sprawą hegemoni białych plantatorów nie był świst rewolwerowych kul, lecz znakomite uniwersytety, zakłady pracy i przedsiębiorstwa pełne czarnej młodzieży, która by móc stać się prawdziwie wolną, musiała stać się ekonomicznie niezależna i życiowo samowystarczalna. Do przeczytania: autobiografia Up From Slavery i artykuł The Conservative Vision of Booker T. Washington. Do obejrzenia program Glenna Becka poświecony Bookerowi T.

Wszyscy chłoszczą Wuja Toma

W najnowszym filmie Tarantino genialną kreację stworzył Samuel L. Jackson, który wcielił się w rolę Stephena, czarnego majordomusa rezydencji jego okrutnego pana. W niektórych recenzjach filmu przyrównuje się Stephena do pamiętnej postaci Wuja Toma, co stanowi oczywiste nieporozumienie. Wuj Tom był, bowiem ucieleśnieniem cnót chrześcijańskich. Był niewolnikiem, który zawsze pokornie nadstawiał drugi policzek i stwierdzał, że od białych można się nauczyć wielu przydatnych umiejętności. Wujowi Tomowi zarzucano przyjęcie biernej postawy niewolnika, który pogodził się z własnym losem i zbytnią uległość wobec hegemonii białych (radykalno-lewicowi aktywiści piętnują swoich prawicowych adwersarzy takich jak Allen West lub Thomas Sowell nadając im miano współczesnych wujków Tomów). Tarantino na moment wprowadza do filmu podobny wątek, gdy Leonardo Di Caprio opowiada o niewolnikach, którzy codziennie golili brody swoim panom przy pomocy ostrej jak kosa brzytwy, a mimo tego nigdy nie podcinali im gardła. Django jest jakby próbą odpowiedzi na ten zarzut pokornego godzenia się z losem niewolnika. Natomiast filmowy Stephen nie ma w sobie ani krzty chrześcijańskiego miłosierdzia i nie jest kolejną wersją Wuja Toma, lecz znakomitym przykładem paradoksalnego zjawiska jakim jest „self-hating negro”. Współcześnie zarzut przyjmowania takiej postawy kieruje się pod adresem kontrariańskiego pastora Jamesa Davida Manninga, przy którego brawurowych kazaniach wymiękają najlepsze dissy produkowane przez ks. Natanka.

Bonusy do poczytania i pooglądania: artykuł na temat pojawiających się w filmie walk Mandingo, zwiastun pierwszego filmu o Django, w którym bohater był białym rewolwerowcem kasującym bandziorów w czerwonych kapturach oraz kultowa scena z narady Ku Klux Klanu.

 

Reklamy

Diaz – Mrok musi poprzedzić apokalipsę

Diaz G8

Dziś Oni, jutro My

Film Diaz opowiada o brutalnym szturmie włoskiej policji na szkołę, w której przebywali przeciwnicy szczytu G8 w Genui. Twórcy filmu ograniczyli ilość podawanej radykalno-lewicowej ideologii do koniecznego minimum, skupiając się raczej na losach bohaterów i rekonstrukcji tragicznych wydarzeń (przedstawianych z różnych perspektyw). Przez to ich dzieło stało się narracją o władzy, która drastycznie przekraczając przysługujące jej prawo do stosowania środków przemocy, oddaje się szaleństwu linczowania, przebiegłości fabrykowania dowodów oraz perwersyjnej ekscytacji „ścieżkami zdrowia” i więziennym molestowaniem. Policja ma obowiązek odpowiadać siłą, gdy sama spotyka się z atakiem rozhukanych tłumów (i nie ma tu znaczenia czy jest to tłum anarchistów demolujących banki, kiboli-narodwców dewastujących stadiony, czy też emigrantów podpalających francuskie miasta). Jednakże, gdy brutalna siła władzy dosięga poddającej się osoby lub obezwładnionego więźnia, to taka przemoc domaga się zdecydowanego sprzeciwu.

Apokalipsa, która nigdy nie nadejdzie

Opuśćmy Genuę i przenieśmy się do Rostocku, a dokładnie wróćmy do bardzo ciekawego zwiastuna promującego demonstrację sprzeciwu wobec kolejnego szczytu ośmiu najbogatszych państw świata. Analizując pojawiające się tam pompatyczne hasła można dostrzec, że ruch alterglobalistyczny (który przeistoczył się obecnie w ruch Wkurwionych) jest przepełniony wytworami wyobraźni apokaliptycznej. Samozwańczy władcy „tego świata” prowadzą ciągłą wojnę, by zachować kontrolę nad wyniszczaną planetą. Ich hegemonia dobiegnie kresu, gdy niespodziewanie (w mgnieniu oka, w chwili największego mroku) jedna demonstracja odmieni historię ludzkości. Gdy przeminą już czasy panowania globalnych technokratów, to spod ruin ich świata wyłoni się nowa ziemia obiecana. W Rostocku miało dojść od ostatniego spotkania reprezentantów „starego świata”, po którym grzech gwałtu na planecie miał zostać wymazany, a tonąca cywilizacja kontroli i wyzysku miała przeistoczyć się w raj wolności. Niestety, apokalipsa nie nadeszła. Znów została odwleczona w czasie. Czy wtedy w Rostocku, w samym sercu szczytu G8, znalazł się „jeden sprawiedliwy” i dlatego apokalipsa nie nastąpiła? A może istotą apokalipsy jest oczekiwanie na jej nadejście, a nie samo wydarzenie końca?

Co skrywa czarna maska?

Czarny blok, który pojawia się w filmie nie jest żadną skrajną organizacją, lecz sposobem prowadzenia protestów. Kolorowe jądro demonstracji jest otoczone przez zwarty kordon zamaskowanych ludzi, którzy są jednolicie ubrani na czarno i tworzą black bloc. Oficjalnie mają chronić zwykłych demonstrantów przed atakami policji i różnego rodzaju faszystów. Nieoficjalnie „czarny blok” ma angażować się w działania sprzeczne z prawem (demolowanie sklepów i samochodów), a jednolity ubiór utrudnia zidentyfikowanie najbardziej gorliwych rewolucjonistów. Do obejrzenia promocyjny materiał ukazujący akty „słusznego gniewu” przeciwko złu „korporacyjnej własności”. Do poczytania książka Black Bloc. White Riot. Do posłuchania dwa utwory z filmu: Never the Same i Stare a Guardare. Cały film (który polecam) można zobaczyć na youtube (niestety tylko po włosku).

Kto ma Notatnik śmierci?

Death of Naomi Misora Notatnik śmierci

5 sierpień 2011 – w siedzibie własnej partii wiesza się Andrzej Lepper, jeden z najbardziej hardych polskich polityków, prawdziwy polityczny fighter, który często przypominał swoją bokserską przeszłość.

16 czerwiec 2012 – ginie gen. Sławomir Petelicki, pierwszy dowódca GROMu, żołnierz ze stali. Z nieznanych powodów, w warunkach pokoju, wymierza w siebie lufę pistoletu i oddaje śmiertelne strzały.

Kilka dni temu z niewyjaśnionych powodów powiesił się w swojej piwniczce chorąży Remigiusz Muś, jeden z najważniejszych świadków katastrofy smoleńskiej.

Co było przyczyną lub motywem tych drastycznych zdarzeń? Kłopoty finansowe, problemy zdrowotne (depresje), konflikty rodzinne? Wszystkie te przypadki pozostają owiane tajemniczą mgłą, która doprowadziła do pojawienia się hipotezy seryjnego samobójcy. Tylko, kto mógłby działać w tak profesjonalny sposób bez pozostawiania jakichkolwiek śladów swojej ingerencji? Zwolennicy tezy o seryjnym samobójcy musieliby się odwołać do przypadków przedstawianych przez japońskie anime Death Note. To właśnie tytułowy Notatnik śmierci jest idealnym narzędziem zbrodni. Wystarczy znać twarz ofiary oraz jej imię i nazwisko, wpisać je do notatnika i podać sposób śmierci (np. zawał serca lub samobójstwo). Dzięki temu zabójstwa stają się samobójstwami. Tylko, kto posiada Notatnik śmierci? Przy kim dzisiejszej upiornej nocy będą przebywać shinigami? Poniżej: kapitalne zakończenie jednego z odcinków serialu.

 

Julia Görges vs Waldemar Łysiak, czyli jak padło Uważam Rze

Julia Görges Waldemar Łysiak Uważam Rze

W tej chwili trwają liczne spekulacje, które rekonstruują drogę do upadku tygodnika Uważam Rze. Poniższa sekwencja zdarzeń może rzucić nieco nowego światła na genezę gwałtownych wydarzeń z ostatniego tygodnia.

1. W poniedziałek (19.11.2012) ukazuje się felieton Waldemara Łysiaka, w którym pojawia się fragment dotyczący mojej ulubionej tenisistki Julii Görges.

2. W piątek (23.11.2012) wysyłam do redakcji list o następującej treści:

Pan Waldemar Łysiak w swoim felietonie pt. „Niech żyje sPOrt!” („URz” nr 47/2012) poruszył ważny problem licznych błędów językowych jakie popełniają polscy komentatorzy sportowi. Jednakże w tekście felietonu pojawił się fragment, który może wzbudzić językowe wątpliwości. Redaktor Łysiak wspomniał w nim, że Agnieszka Radwańska skompromitowała się przegrywając swój pierwszy mecz olimpijski z niemiecką tenisistką Julią Gerges. Moje wątpliwości dotyczą sposobu zapisywania nazwiska Niemki. Sądzę, że nazwisko powinno być zapisane zgodnie z oryginalną pisownią jako Görges. Ewentualnie jeśli chcielibyśmy pominąć specyficzne dla języka niemieckiego litery, to owe nazwisko możemy zapisać jako Goerges. Pragnę także zaznaczyć, że Radwańska rozegrała wtedy dobry mecz, ale tego dnia Görges była znakomita i nie zdziwiłbym się, gdyby w niedalekiej przyszłości dołączyła do ścisłej czołówki kobiecego tenisa.

3. Pięć dni później (28.11.2012) tygodnik upada!

Tu nie ma żadnego przypadku. Wyraźnie widać związek przyczynowo-skutkowy. Wnioski na przyszłość są takie: a) lepiej nie zadzierać z Julią; b) więcej nie wysyłam listów do redakcji czasopism, którym nie życzę upadku, bo ewidentnie sprowadzam jakiś negatywny fluid lub fatum.

Net Delusion, czyli jak nie robić rewolucji w Internecie

Net Delusion

Czyż nie jest tak, że Internet rewitalizuje sferę publiczną państw demokratycznych oraz wzmaga partycypację ludzi w demokratycznych strukturach. Czy nieograniczony dostęp do informacji i swoboda komunikacji nie są zagrożeniami dla stabilności autorytarnych reżimów od Chin po Białoruś? Czyż portale społecznościowe nie zorganizowały antyreżimowych rewolucji na Bliskim Wschodzie? Taką optymistyczną wizję Internetu, postrzeganego jako niezawodne narzędzie do promowania demokracji, kwestionuje Evgeny Morozov w swojej najnowszej książce The Net Delusion. The Dark Side of Internet Freedom.

Doktryna Googel głosi entuzjastyczną wiarę w wyzwalającą moc technologii internetowych. Jest to wiara w magiczną moc Internetu, który jest taranem obalającym tyranie. Konglomerat Facebooka, Google’a i Twittera tworzy swoiste Radio Wolna Europa na sterydach. Usunięcie barier w wolnym dostępie do informacji i swobodnej komunikacji ma burzyć fundamenty autorytaryzmu. Jeśli uciskani będą mogli twittować, to wytwittują sobie wolność.

Przeświadczenie, że Internet jest narzędziem faworyzującym niewinne ofiary, a nie ich oprawców jest czystym cyber-utopizmem. Natomiast wiara w to, że Internet robi politykę, a nie polityka rozgrywa Internet jest złudzeniem Internet-centryzmu. Autorytarne reżimy doskonale przystosowują się do operowania w ramach cybernetycznej rewolucji. Mają potężne budżety na wprowadzanie coraz bardziej zaawansowanych mechanizmów cenzury (sam Google czasem im w tym pomaga). Prowadzą zmasowaną internetowa propagandę, szpiegują w sieci swoich obywateli, opłacają blogerów, a portale społecznościowe wykorzystują do identyfikowania swoich wrogów.

Dla Morozova cyber-utopizm + Internet-centryzm = Sieciowa Iluzja.

Do obejrzenia wykłady: The Internet in Society: Empowering or censoring citizens?, Marriage From Hell: On the Secret Love Affair Between Dictators and Western Technology Companies, The End of Cyber Utopia, A Twitter Revolution without revoluationaries?

 

Metafizyka katastrofy. Od Świtonia do Nietzschego

Metafizyka smoleńska, żałoba

Człowiek jest istotą poszukującą sensu. Nie mogą nikogo dziwić próby nadania sensu katastrofie smoleńskiej. Jednakże, także w tym przypadku nie unikniemy oscylacji pomiędzy różnorodnością metafizyczno-religijnych interpretacji tej tragedii.

Mea Culpa

Katastrofa smoleńska była przejawem słusznego gniewu Boga. Była karą za grzechy. Nie była karą za grzechy narodu, lecz samego Prezydenta, który dopuścił się zdrady narodowej. Podpisując Traktat Lizboński, sprzedając polską niepodległość, wystawił się na karzącą interwencję ręki Boga. Taką interpretację zaprezentował Kazimierz Świtoń. Wcześniej, niczym Wernyhora, śmierć Prezydenta za jego występki przeciwko narodowi prorokował Bartłomiej Kurzeja.

Niezgłębiony wyrok

Tragedia smoleńska miała charakter ofiarniczy. Najlepsi z polskiego rodu zostali złożeni w ofierze na ołtarzu historii. Z tej ofiary, która jest przesiąknięta krwią męczeństwa, zrodzi się nowe życie. W chwili największego niebezpieczeństwa, rodzi się szansa ocalenia. Choć niezgłębione są wyroki Opatrzności i niedostępne ludzkiemu poznaniu, to kroczyć możemy bez lęku, wiedzieni drogami Sprawiedliwości.

Gnostycka konfrontacja

Katastrofa była przejawem odwiecznej walki dwóch równorzędnych bogów. Kolejnym epizodem w ich kosmicznej batalii. Jeden uderza bolszewicką rewolucją. Drugi odpowiada cudem nad Wisłą. Jeden wznieca pożogę ludobójczych wojen i jest demonicznym aniołem zniewolenia. Drugi odpowiada porywem międzyludzkiej solidarności, siłą bezsilnych i zło dobrem zwycięża. Jeden katyński las ciągle przystraja nowymi krzyżami. Drugi odpowiada…………..

Przemiana serca

Katastrofa musi stać się „wydarzeniem przekształcającym”. To moment graniczny, a po jego przekroczeniu nic nie może być takie jak wcześniej. Takie wydarzenie graniczne staje się zobowiązaniem do dokonania metanoi, przemiany serca. Wezwanie do przemiany życia staje się też wezwaniem do zajęcia pozycji mesjańskiej. To żyjący muszą stać się wyczekiwanymi przez zmarłych mesjańskimi wybawicielami. To oni muszą wydobyć ich z zapomnienia, zaświadczyć o ich istnieniu oraz dochować zobowiązania czuwania przy ich ciałach.

…… a gwiazdy tańczą dalej

Nietzscheańska interpretacja nie stroni od radykalizmu. Katastrofa jest wynikiem zderzenia chaotycznych, niezdeterminowanych sił kosmicznych. Katastrofy się wydarzają, tak po prostu. Ludzie są jedynie prostymi istotami, które żyją na pewnej małej planecie, gdzieś w zakątkach wszechświata. Cały czas wykrzykują wynalezione przez siebie piękne słowa, takie jak Dobro, Prawda lub Sens. Jednakże, ich planeta musi kiedyś zginąć w otchłani kosmosu. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Wszechświat nie zatrzyma się nawet na moment. Nadal będzie trwał dionizyjski taniec gwiazd.

Diana: The Mourning After – Hitchens Perspective

Diana Hitchens

Golden boys and girls all must,
As chimney sweepers, come to dust.

W dokumencie Diana: The Mourning After, Hitchens ponownie ukazuje się jako prawdziwy intelektualny bad boy. Gdy spora cześć społeczeństwa brytyjskiego oddała się kultowi tragicznie zmarłej Diany, Hitchens postanowił (ponownie wkładając kij w mrowisko) ukazać prawdziwe oblicze żałoby w czasach popkultury.

Jakiego rodzaju żałobnikiem jesteś?

Żałoba po śmierci Księżnej Walii stała się prawdziwym medialnym i popkulturowym wydarzeniem końca XX wieku. Media uczyniły wiele by wykreować jedność żałobników w obliczu narodowej tragedii, będącej zwieńczeniem potężnych konfliktów wstrząsającym Domem Windsorów. Telewizyjni komentatorzy i politycy szybko przestali mówić we własnym imieniu, pretendując do miana zbiorowego sumienia Brytyjczyków. Pozornie wszyscy tacy sami, jednakowo pogrążeni w żałobie. Jednakże, bliższe spojrzenie ukazuje ich zróżnicowanie. Prawdziwie pogrążeni w głębokim smutku żałobnicy przeplatają się z fanami, którzy w obliczu żałobnej histerii przeobrazili się w fanatyków. Miejsca w znikomym stopniu związane z księżną Dianą stawały się miejscami wielomiesięcznych pielgrzymek, którym towarzyszyły ciągłe okupacje domów, w których z rzadka bywała Lady Di jako mała dziewczynka. Tak spokojne wiejskie idylle przeobraziły się w miejsca kultu popkulturowej ikony. Udrękami mieszkańców okupowanych domów nikt się nie przejmował. W skrajnych przypadkach można było dostać po mordzie za przeniesienie „świętego pluszowego misia”. W trudnej sytuacji znaleźli się także ci, którzy chcieli przeżywać żałobę w sposób prywatny, gdyż prawdziwe oddanie czci w upublicznionej żałobie, wymagało obecności w konkretnych miejscach i uczestniczenia w oficjalnych uroczystościach. Byli także tacy, którzy w dzień pogrzebu nie włączyli telewizorów. Wśród nich zagorzali republikanie, przeciwnicy kultu celebrytów oraz ci, którzy zachowali dystans wobec całej tragedii.

Nie pozwolimy wam się skompromitować!

Pozorna jedność żałobników w trakcie trwania Tygodnia Diany została wytworzona, poprzez blokowanie publikacji komentatorów nadzwyczaj krytycznych wobec zmarłej Księżnej. Także komicy, którzy słynęli z tego, iż w swoim repertuarze wykorzystywali żarty z rodziny królewskiej, zostali poinstruowani, iż tego typu dowcipy już nie są śmieszne. Każdy powinien mieć prawo by się skompromitować w przestrzeni publicznej, jednakże w tamtym czasie znalazły się takie instytucje, które na to nie pozwalały. Na problemy natrafiła także pewna sieć sklepów spożywczych, która postanowiła otworzyć sklepy w dzień pogrzebu, zaznaczając, iż cały zysk z tego dnia będzie przeznaczony na cele charytatywne. Spotkało się to z wrogą reakcją ze strony części społeczeństwa, w sporadycznych przypadkach posuwano się do gróźb. Dobroczynności widocznie może poczekać.

Królowa ma zawsze pod górkę!

Do której kategorii żałobników zaliczała się rodzina królewska? Niektórzy komentatorzy wprost stwierdzali, iż nie mieli czego żałować, gdyż śmierć Diany bardzo wzmocniło ich szansę na przetrwanie i umocnienie monarchii. Książe Karol uzyskał ostatecznie wolną rękę a Królowa uwolniła się z gorszącego klinczu z Dianą. W trakcie trwania żałoby szybko dostrzeżono, iż nad pałacem nie powiewa opuszczona do połowy flaga. Populistyczni admiratorzy Lady Di domagali się wywieszenia flagi, którą ostatecznie wywieszono w obawie, iż Królowa zostanie wygwizdana podczas pogrzebu. Ta decyzja natomiast spotkała się z gwałtowną krytyką ze stronny arystokratycznych monarchistów sprzeciwiających się uleganiu opinii plebejskich tłumów.

Kim jest Jody Williams?

Wielu spośród nas zapewne pamięta pojedyncze dni spędzone przez Dianę w Anglii i Bośni. Dobrze pamiętam jak w stroju saperskim pochylała się nad minami przeciwpiechotnymi. Kto z nas wie kim jest Jody Williams? W 1997 roku otrzymała Pokojowego Nobla za wieloletnią walkę z przeciwpiechotnymi minami. Do dziś pozostaje osobą praktycznie anonimową. Sam jeszcze dwa dni temu nie wiedziałem o jej istnieniu. Jak widać jeden dzień z minami w towarzystwie paparazzich może bardzo wiele.

Diana była także ikoną dobroczynności, owym ucieleśnieniem baśni o dobrej wróżce i biedakach w potrzebie. Jednakże miłosierna dobroczynność zakłada bezinteresowne współczucie oraz obdarowywanie własnymi pieniędzmi nie pochodzącymi z kieszeni państwa lub podatników. Do rozwodu Lady Di nie wydała ani funta swoich pieniędzy. W takich sytuacjach uświadamiamy sobie, iż w kulcie ikony czcimy nieosiągalny ideał za którym stoi zwykła ludzka istota.

Do obejrzenia dyskusja dla CSPAN z udziałem Hitchensa na temat rodziny królewskiej. Poniżej wstęp do filmu: Diana – The Mourning After.

 

Jak Hitch zniszczył Clintona i jego bunga bunga

Hitchens - No one left to lie to

Czy w Białym Domu zasiadał notoryczny kłamca, seksualny stręczyciel i wojenny zbrodniarz?

William Jefferson Clinton w trakcie swoich dwóch prezydenckich kadencji okłamał sędziów, politycznych towarzyszy, własną rodzinę i koniec końców wszystkich Amerykanów. Nie pozostał nikt do okłamania. Praktycznie cały liberalno-lewicowy establishment milczał w tej sprawie. Znalazł się tylko jeden „arogancki Brytyjczyk”, który w swoim politycznym pamflecie No One Left to Lie To dokonał totalnej demolki Clintonowskiego dziedzictwa.

Pomińmy szczegóły wyuzdanych praktyk seksualnych, którym oddawał się Prezydent w pokątnych miejscach Białego Domu. Zamiast tego podkreślmy obsceniczny wymiar propagandowych kłamstw, produkowanych przez środowisko Clintona w celu niszczenia oskarżających go kobiet. Tak ot mogliśmy się dowiedzieć, iż Prezydent to bezbronny mały chłopiec w krótkich spodenkach, który był prześladowany przez napastujące go stażystki (raczej prawdziwe seksualne harpie) i przymuszany do innych czynności seksualnych.

Gdy Prezydent w konsekwencji swoich kłamstw, stanął przed możliwością impeachmentu, szybko okazało się, iż Clinton uznawany przez wielu za wyluzowanego saksofonistę, jest zdolny do użycia pocisków Cruise w celu przykrycia swoich polityczno-obyczajowych skandali. Byliśmy więc świadkami lipnych i omyłkowych bombardowań w Sudanie oraz bezsensownych ostrzeliwań Iraku, które mogły się przyczynić jedynie do niepotrzebnych ofiar cywilnych i wzrostu antyamerykańskich nastrojów wśród Irakijczyków.

W trakcie swojej prezydentury Clinton wystawił także do wiatru homoseksualistów. Chodzi oczywiście o wprowadzenie do amerykańskiej armii reguły „Don’t ask, don’t tell” (tak miał brzmieć pierwszy tytuł pamfletu Hitcha). Za jego kadencji armia miała być bardziej gay friendly, okazało się, iż nic z tego nie wyszło. Gdy podniosły się wobec tego głosy krytyczne, Clinton wyśmiał środowiska homoseksualne i mógł bez zahamowań cynicznie stwierdzić: hahaha i co teraz zrobicie, przejdziecie do Republikanów?

Tymczasem lewicowo-liberalny establishment milczy. Od kolumn Nation, aż po rubryki New York Times zapada grobowa cisza. No fucking word – cytując samego Hitcha. Zamiast tego Prezydent na balach i dziennikarskich uroczystościach dostaje owacje na stojąco za samo pojawienie się na sali. Cześć lewicowców nie chciała stawać po stronie świętoszkowatej prawicy, pomstującej na rozbestwione libido Clintona. Jednakże zdecydowana większość obrała opcję „mniejszego zła”, czyniąc wszystko by na całej aferze nie zyskał redneck Bush.

Wpis dedykuje wszystkim politycznym perwersom Berlusconiemu, Mosze Kacawowi. Małkowskiemu, Łyżwińskiemu i zbokom z placu Tahrir. Justice is Coming. Sooner or later.

Do przeczytania mój stary artykuł Obama w cieniu klanu Clintonów. Do obejrzenia fałszywe łzy Clintona, wywiad z Hitchem oraz godzinna audycja w CSPAN. Poniżej znakomity dokument Hitch Hike, relacja z tournee promującego książkę.

 

The story from the Orwellian nation

Kim Ir-sen i Kim Dzong Il

Poniżej naoczna relacja polskich marynarzy z Północnej Korei.

Rok 1981 północnokoreański port Hungnam jedno z nielicznych okien na świat dla mieszkańców Orwellowskiego państwa totalitarnie rządzonego przez Kim Il-Sunga (Kim Ir-Sena). Po 120 dniach rejsu z Gdańska przypływa polski statek handlowy Polskiej Żeglugi Morskiej „Transportowiec”. Przywozi koks oraz skrywające się pod nim skrzynie, oficjalnie zawierające „składane meble”. O prawdziwej zawartości możemy jedynie spekulować. Cały pobyt trwa około miesiąca, tyle czasu zajmuje wyładunek i załadunek prowadzony przy użyciu starych zdezelowanych i prowizorycznych dźwigów.

W wolnych chwilach można udać się do marynarskiej tawerny. O dziwo zaopatrzonej w krewetki i alkohol (można było nabyć tajlandzkie alkohole z wężem w środku, jedna z takich klasycznych „żmijówek” do dziś jest ozdobą w moim domu). Ten przepych jest jednak pokazówką dla marynarzy z bratnich komunistycznych narodów. W tawernie był nawet telewizor, program jednak bardzo monotematyczny. Wśród gości tawerny oprócz Polaków sporo Ukraińców i Rosjan. Wielu spośród nich na morzu odbywało karę za drobne wykroczenia. Pewnego dnia z nudów polska załoga postanowiła upić koreańskich kelnerów i podprowadzić im przyczepione do klap marynarek odznaki Kim Ir-Sena. Następnego dnia z samego rana na statek wkroczyli żołnierze w pełnym uzbrojeniu żądając natychmiastowego zwrotu skradzionych odznak. Całe szczęście ktoś podrzucił obie odznaki do doniczki znajdującej się w marynarskiej świetlicy, tam zostały odnalezione i konflikt polsko-koreański został zażegnany. Kto miał farta mógł załapać się na wycieczkę po strzeżonej i oklejonej taśmą plaży. Transport odbywał się oczywiście przy pomocy autobusu, którego szyby były szczelnie zaklejone. To jeden z symptomów prawdy skrywanej przed wzrokiem przybyszów. Prawda ta skrywa się w spojrzeniu zwykłych Koreańczyków, gdy przypadkiem spotykali na swojej drodze przybyszów z innego świata natychmiast przechodzili na drugą stronę ulicy lub zawracali.

Pamiętajmy, iż Korea Północna jest państwem, w którym każde dziecko do szkoły musi nosić portret ukochanego wodza, media mówią tylko o ukochanym wodzu, a zakłady pracy zostały przemienione w centra podgrzewania nienawiści wobec Ameryki, Zachodu i Korei Południowej. Strefa zdemilitaryzowana dzieląca oba koreańskie państwa jest de facto najbardziej zmilitaryzowanym miejscem na ziemi. W każdej chwili może rozpocząć się apokalipsa. Data wydania Roku 1984 Orwella zbiega się mniej więcej z ustanowieniem totalitarnej władzy dynastii Kimów. Czy ma to być koreańska próba przeniesienia literackiej wizji Orwella do praktyki codziennego życia? Nikogo nie mogą dziwić nocne zdjęcia satelitarne ukazujące Koreę Południową rozświetloną niczym choinka i ciemną, mroczną plamę w miejscu Korei Północnej. W tym Orwellowskim państwie groteskowego absurdu władzy tak naprawdę nie sprawuje Kim Dzong-Il, który jest jedynie sekretarzem partii komunistycznej i zwierzchnikiem armii. Tytuł prezydenta zachował jego ojciec Kim Ir-Sen, który nie żyje od 16 lat. Korea Północna de facto jest nekrokracją. Nie ma tam śmiechu, nie ma ironii, nie ma kin, nie ma dancingów, nie ma nic do oglądania w telewizji, nie ma nic do czytania. Jest zoo, w którym jest papuga. Można na chwilę przystanąć i poprzyglądać się jej, a ona zagadnie nas słowami: „Niech żyje nasz wielki przywódca”.

Do obejrzenia klasyczny, polski film dokumentalny Defilada. Poniżej Christopher Hitchens: North Korea = George Orwell 1984.

 

Saddam Husajn – geniusz zła i władca śmierci

Sadam Hussein

Zobacz na własne oczy jak zdobywa władzę radykalne zło.

Wiemy co wydarzyło się w mrokach „nocy długich noży”. Wiemy jak Stalin kierował procesem eliminacji swoich politycznych konkurentów. Wiemy jak zło hitleryzmu i stalinizmu kroczyło w demonicznym marszu ku władzy absolutnej. Wiemy, lecz nie możemy tego zobaczyć na własne oczy. Inaczej jest w przypadku będącej obsceniczną mieszanką faszyzmu i stalinizmu dyktaturą Husajna, gdyż moment ustanowienia absolutnego terroru i absolutnej władzy został utrwalony na taśmie filmowej.

Jesteśmy na zjeździe centralnego komitetu partii Baas. Duża kongresowa sala, może nieco ponad stu ludzi oczekuje na wystąpienie swego lidera. On sam, już za moment absolutny władca Iraku, spokojnie z zadowoleniem popala jedno ze swoich ulubionych cygar. Dobrze wie jaki wyreżyserowany spektakl zaraz będzie miał miejsce. Nagle na trybunę wchodzi człowiek, który został poddany całkowitej fizycznej i mentalnej destrukcji. Pozbawiony wszelkiej ludzkiej podmiotowości i godności, sprowadzony do roli totalnie kontrolowanej kukiełki, staje przy mównicy i wypowiada słowa po których zamiera cała sala. Przyznaje się do uczestnictwa w zdradzieckim spisku, którego celem było zniszczenie irackiej republiki, działanie na szkodę irackiego narodu i powstrzymanie Husajna. Sam siebie poddaje druzgocącej krytyce poczym mówi, iż zaraz wymieni nazwiska osób które razem z nim przygotowywały spisek. Jedno po drugim padają nazwiska spiskowców siedzących na sali. Z tyłu sali widać jak służby bezpieczeństwa wyciągają ludzi z siedzeń i wyprowadzają ich na zewnątrz. W pierwszych sekundach nikt nie reaguje, panuje paraliż strachu. Nagle wybucha zwierzęca panika, ludzie wstają, w groteskowy sposób podskakując i w histerycznym tonie wykrzykują: „Chwała tobie Saddamie nasz boski przywódco, niech gwiazdy i księżyc Iraku legną u twoich stóp”. Zaklinają rzeczywistość, myślą iż odmienią swój los, liczą na choćby minimalną przychylność ich władcy. Może zabiją ich strzałem w tył głowy i nie będą umierać godzinami w piekielnych męczarniach. Jednakże tego dnia tylko najokrutniejszy scenariusz mógł się wypełnić. Gdy skończono odczytywać nazwiska, cudownie ocaleni, drżącymi dłońmi przecierają czoła zalane lodowatym potem. To jednak nie koniec horroru, geniusz zła rozpoczyna drugi akt swojej makabry. Teraz ci których nazwiska nie zostały wyczytane mają obowiązkowo wziąć udział w mordowaniu rzekomych spiskowców i wykonywać egzekucje własnymi rękoma. Teraz także wy staniecie się częścią krwawej dyktatury, to wy strzelaliście w plecy swoim niedawnym towarzyszom, zbrodnie reżimu są też waszymi zbrodniami. Już na zawsze będziecie zniewoleni.

Od tej chwili koszmar staje się codziennością. Psychoza strachu przekracza wszelkie granice. Wystarczy, iż ktoś w towarzystwie wymówi imię boskiego przywódcy i w oczach wszystkich przysłuchujących się pojawia się panika. Czy słowa, które padną zaraz po wypowiedzeniu imienia wodza będą wystarczająco godne, szlachetne i chwalebne. Jeśli nie, wszystko może się zdarzyć. Strach jest panem ludzkich serc. W każdym miejscu, w każdej chwili twój nawet przypadkowy czyn może przynieść zgubę. Wystarczy, iż będąc w kawiarni ktoś rozleje kawę i jej kropla upadnie na administracyjny dokument lub banknot na którym znajduje się oblicze Saddama i w mgnieniu oka zalega absolutna cisza. Właśnie zbezcześciłeś oblicze wodza, policja jest już na twoim tropie, prawdopodobnie popełniłeś największą pomyłkę w swoim życiu, twoja rodzina także nie jest bezpieczna. W dyktaturze Saddama żadna rodzina nie jest nigdy bezpieczna. W każdej chwili służby bezpieczeństwa mogą pokazać ci film z zbiorowego gwałtu na twojej córce dokonanego przez twoich kolegów. Nie dlatego, iż zrobiłeś coś złego, lecz tylko po to, by pokazać kto jest tu szefem. Tym właśnie jest radykalne zło. Radykalne zło które jest tak radykalne, iż w pewnym momencie zaczyna niszczyć samo siebie. Jednakże w przypadku terroru Saddama radykalno zło oznacza, iż zło nie zaprzestaje zbrodni w momencie zdobycia absolutnej władzy, lecz przemoc nigdy nie ustaje, nadal powstają więzienia przeznaczone tylko do gwałtów, nadal powstają zbiorowe groby przeznaczone tylko dla dzieci, nadal zło jest czynione tylko dla samego zła.

Do przeczytania: Kanan Makiya – Republic of fear: the politics of modern Iraq. Poniżej fragment filmu uwieczniającego moment zaprowadzenia totalnego terroru przez Saddama Husajna. Filmowi towarzyszy niesamowita narracja Christophera Hitchensa.