Boskie inferno

Zstąpienie do piekieł

Kilka przeróżnych refleksji teologicznych

Tajemnice Męki Pańskiej

W moim genewskim referacie przekonywałem, że przerażający krzyk Jezusa: Boże mój, czemuś mnie opuścił, był następstwem przejścia Jezusa przez radykalne doświadczenie duchowej pustki, którą św. Jan od Krzyża określił mianem „ciemnej nocy wiary”. Tego zwątpienia w opiekuńczą obecność Boga doznała także błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, która w ten sposób otrzymała duchowy stygmat. Jednakże tajemnicę krzyku Jezusa można jeszcze powiązać z faktem przyjęcia przez Chrystusa grzechów całej ludzkości. Jezus sam nie zgrzeszył, ale sam na sobie doświadczył ciężaru i spustoszenia wywoływanego w duszy przez grzech. Zło związane z grzechem wykopuje przepaść, która oddziela człowieka od Boga. Ta żelazna kurtyna sprawia, że przestajemy doświadczać łaski Boga. Dlatego Jezus przygnieciony brzemieniem ludzkich grzechów, czuje się opuszczony przez swego Ojca. Jezus doświadczył zła grzechu, więc i to doświadczenie ludzkiej natury nie było Mu obce.

Zstąpienie do piekieł

Jeśli Jezus umierał obciążony grzechami całej ludzkości, to jedynym miejscem, do którego mógł się udać po śmierci było piekło. Na tym właśnie polega tajemnica Wielkiej Soboty. Zstąpienie do piekła jest ostatnim upokorzeniem Jezusa, ostatecznym policzkiem przyjmowanym w imieniu ludzkości. Zaprawdę, był taki czas, w którym sam Bóg cierpiał w piekle i nie odmówił sobie także tego uniżenia. Dopiero zmartwychwstanie trzeciego dnia jest triumfem nad złem, śmiercią i wyjściem z piekła.

Nadzieja powszechnego zbawienia?

Wizja Chrystusa otwierającego bramy piekła pobudzała teologów do snucia nadziei na powszechność zbawienia. Skoro Jezus mógł opuścić piekło, to być może jest nadzieja dla reszty cierpiących. W ten sposób docieramy do starej kontrowersji związanej z ideą „pustego piekła”, którą to można wyrazić w przynajmniej dwóch wariantach. Pierwsza wersja jest skrajnie liberalna i neguje istnienie piekła jako takiego, głosząc absolutny prymat boskiego miłosierdzia nad sprawiedliwością. W ten sposób po śmierci wszyscy, z automatu, lądują na niebiańskich salonach. W mniej liberalnej wersji piekło jest miejscem oczyszczenia duszy poprzez ogień. Sprawiedliwość wymaga odpokutowania win w piekle, ale miłosierdzie nie pozwala na wieczne potępienie. W takim przypadku czyściec staje się zbyteczny, a sam szatan jako ostatni opuszcza piekło, gasząc w nim światło. Od tej chwili piekło jest już tylko pustką.

 

Reklamy

O wyzwalaniu Filozofii i Erosie, który gdzieś się zagubił

Yukon Jack

Dziś drugi wywiad z kolejnym przedstawicielem młodego pokolenia poznańskiej inteligencji. Tym razem bohaterem wywiadu jest znakomity uczestnik wielu poznańskich sympozjonów filozoficznych, wszechstronny pisarz, koneser ostrej muzyki i fan koszykówki oraz znawca zakamarków ludzkich dusz. Dziś gości na moim blogu pod jednym ze swoich artystycznych pseudonimów jako Yukon Jack. Co w wywiadzie: kryzys filozofii i jej konfrontacja z literaturą, Charles Bukowski jako profesor życia, zatomizowany Eros współczesnych nomadów, szczypta koszykówki i muzyczna zapowiedź najnowszej płyty zespołu Mega Joga.

Najczęściej określam siebie mianem filozofującego historyka idei. Czy dziś nazbyt łatwo jest uzurpować sobie tytuł miłośnika mądrości? Jeśli przyjmiemy, że żyjemy w czasach wrogich filozofii (czy kiedyś było inaczej?), to dlaczego mielibyśmy oddawać się jej uprawianiu? Czy filozofia uczyni nasze współczesne życie pełniejszym?

Pierwszą rzeczą, z jaką należałoby się zmierzyć, byłoby zdefiniowanie miłośnika mądrości?! Kim on jest podłóg dzisiejszych standardów? Odszczepieńcem tkwiącym w domowej samotni i kontemplującym świat, czy może zaangażowanym utytułowanym pracownikiem jakiejś jednostki naukowej? Wszędzie mamy sporo osób uważających się za intelektualistów, ale sami dobrze wiemy, że zdecydowana większość z nich odnosi się wciąż do klasyków, których od dawien dawna nie nosi już ziemia. W samej nauce obserwuję zjawisko, jakie nazwałbym nadprodukcją, bardzo podobną do średniowiecznej scholastyki. Większość prac sprowadza się do komentarzy do komentarzy. To jest coraz bardziej absurdalne, brakuje odwagi do głoszenia oryginalnych poglądów mogących wstrząsnąć zastałym porządkiem rzeczy. Jak mawiał G. Bruno – ,,Życie człowieka na ziemi jest stanem wojny. Powinien on piętnować nikczemność próżniaków, poskramiać zuchwalstwo i parować ciosy”. Co do indywidualnej uzurpacji, niech każdy kto ma ochotę uzurpuje sobie, co mu się żywnie podoba.

Filozofia poza potężnymi pytaniami jakie stawia od zarania dziejów, winna również służyć refleksji nad światem rozumianym jako ,,tu i teraz”, winna zakorzeniać w jednostkach chęć buntu. Owy bunt, u jednych mniejszy u innych zaś potężny, wynika właśnie z namysłu i refleksji. To właściwie wyjaśnia nastawienie do filozofii w różnych okresach dziejowych – procesy Sokratesa, Jezusa, Bruna i wielu innych są tego najprostszymi przkładami, a Rewolucja Francuska jest tego dowodem.

Jako ludzkość znaleźliśmy się na krawędzi. Z jednej strony coraz większe żniwa zbiera ateistyczna próżnia zaszczepiana masom, znakomicie idąca w sukurs neoliberałom i hiperkapitalistom, z drugiej strony mamy hipertechnologizację życia, wojujący radykalizm religijny i rozrastającą się na świecie biedę. Filozofię postrzegam jako jedyne remedium wyzwoleńcze, ale najpierw ją samą trzeba wyzwolić, gdyż stała się uniwersyteckim więźniem, obdartym z szat na skutek wyłaniania się z niej poszczególnych dziedzin. To wielkie zadanie filozofii i ludzi ją uprawiających, do małych zadań należy owe uczynienie życia pełniejszym. Ktoś wyrwany z potężnych macek konsumpcjonistycznej machiny będzie człowiekiem szczęśliwszym, poszerzy swoją wolność, coraz bardziej nam ograniczaną.

Jeśli nadejdzie taki czas, w którym filozofia obumrze, to może na jej gruzach pozostanie jedynie literatura, która całkowicie przejmie jej zadania. Czy nadejdą takie czasy, w których historia filozofii nie będzie się zaczynać od Uczty Platona, lecz od utworu Love Bukowskiego?

Obumieranie niestety już się zaczęło. Mamy do czynienia z nasilonymi procesami, jakie opisał Paul Hazard w swoim Kryzysie świadomości europejskiej. Literatura w zatrzymywaniu procesu obumierania filozofii odgrywa pierwszoplanową i niebagatelną rolę, bowiem nie dosięgły jej jeszcze (w niektórych rzecz jasna przejawach) macki biurokratyzacji i urzędniczego uprawiania nauki. Literatura posiada znaczne zapasy wolności, które mogą być wykorzystane w przyszłości, choć niepokoi, że wkroczyła w fazę umasowienia jak wszelkie ze sztuk, co utrudnia dotarcie do rzeczy naprawdę wartościowych.

Odnosząc się do Bukowskiego, to twierdzę, że jego poezja i proza są w stanie skierować tęższych czytelników ku myślom Platona, czy innych klasyków. Jeśli jednak filozofia obumrze nasi potomkowie nie doświadczą obcowania z żadnym z nich, nastanie bowiem rzeczywistość dla ludzkości bardzo pochmurna, rzeczywistość jakby wyjęta z wczesnych opowiadań Arthura C. Clarke’a, gdzie nie będzie już ludzi, a jedynie zniewolone technologią i niezdolne myśleć strzępy ludzkie. Wracając do Bukowskiego, utwór Love według mnie, dziś znaczy więcej, niż w czasach gdy był pisany. Tkwimy w coraz większej utopii, a wewnętrzna samotność, od której nie ma ucieczki, zbiera coraz większe żniwa.

Bukowski reprezentował niewątpliwie mocne stanowisko filozoficzne, piętnujące przede wszystkim bezsens schematycznej egzystencji ludzkiej. Nie podobało mu się, że większość ludzi ciężko haruje zamiast żyć i to tylko po to, by zgnić finalnie gdzieś w domu starców. Tam gdzie obrócił swój fioletowy nos, tam ostrze jego krytyki cięło zamaszyście i głęboko. Był niewątpliwie głębokim myślicielem i wielu uniwersyteckich profesorów ma mu to za złe, bo wykolegował ich z zaszczytów zapijaczony pracownik poczty, będący w rzeczy samej arcyprofesorem uniwersytetu życia.

Francuski prowokator Michel Houellebecq zdiagnozował współczesne społeczeństwa zachodu przyrównując je do chaotycznego konglomeratu cząstek elementarnych, błądzących po klubach, owych nocnych świątyniach, w poszukiwaniu zagubionego Erosa. Nie poprzestaje jednak na pesymizmie i stwierdza, że: „czymkolwiek by była miłość istnieje, ponieważ możemy zaobserwować jej działanie”. Jaki Eros przenika zatomizowane społeczeństwo cząstek elementarnych?

Bardzo podoba mi się to porównanie Houellebecq’a. Posługując się na poły techniczną terminologią można by pokusić się o interpretację, że ten Eros zbudowany byłby z pianki poliuretanowej, a zamiast lutni dzierżyłby wyjący głośnik z hitem disco. Nocne kluby, często pomimo zakorzenionego fałszu, ułudy i zagubienia klienteli, stanowią jednak jeden z ostatnich bastionów ludzkich interakcji (pomijam tutaj wszelkie socjologiczno-handlowe interpretacje), pośród ogromu zalewającej nas fali wymierania tradycyjnie rozumianych stosunków międzyludzkich. Nocny klub jest niczym teatr, z tą różnicą, że każdy z gości jest zarówno widzem jak i aktorem, a Eros zatomizowanego społeczeństwa, powodowany jest dwoma motorami, spośród których jeden stanowi motor samotności tkwiącej głęboko w podświadomości jednostek, drugi zaś określiłbym mianem nicości rozumianej jako zlepek emanacji światopoglądowych współczesnej kultury. Motory te są przeciwstawne względem siebie, stąd bierze się narkotyczny trans bywalców klubów i upowszechniające się zagubienie. To wyjątkowo nieparmenidejski Eros.

Jesteś fanem koszykówki. Czy amerykański Dream Team z 1992 roku, w którym występował Jordan, Pipen, Bird i wielu innych gwiazdorów NBA, to była najlepsza drużyna w całej historii koszykówki. A co powiesz o niepokornym gwiazdorze Chicago Bulls, jakim był Dennis Rodman. Czy ten „pożyteczny idiota” reżimu Kimów umiał w ogóle grac w kosza?

Bezsprzecznie Dream Team I był najlepszą drużyną w dziejach i zmiótłby dzisiejszych Jamesów i Durantów z parkietu jak huragan Katrina zmiótł Nowy Orlean. Rodman był postrachem tablic, jednym z najlepiej broniących i zbierających zawodników – facet miał bardzo trudne dzieciństwo i pogmatwane życie, stąd jego zagubienie.

Pomagasz zespołowi Mega Joga w pracach nad ich nowym projektem muzycznym. Czego możemy się spodziewać po ich płycie Eurograwitacja i kim jest polski Al Capone?

Pomagam to za duże słowo, ale jestem wielkim entuzjastą tego zespołu i z radością dołożę cegiełkę do tego, co robią, bo jest to przepełnione pasją i miłością do muzyki. Lemmy’ego – Tomka Olszewskiego lidera tej kapeli, muzyka znanego z występów w takich znakomitych bandach jak Turbo czy Creation of Death, znam kupę lat i jeśli w tym kraju miałbym wskazać prawdziwych wyznawców i miłośników ciężkiego rocka, którzy mimo różnych zawieruch życiowych nie roztrzaskali gitar, tylko podążali dalej ku wytyczonym celom, pielęgnując pasję do muzyki, to Tommy jest jednym z nich.

Mega Joga to projekt, który dojrzewał dość długo (mam nadzieję, że za tą wypowiedź nie będę karnie robił jako ich werbel), ale dzięki temu Eurograwitacja budzi duże nadzieje i nie mogę się doczekać kiedy oficjalna płyta wejdzie do obiegu. Lemmy przelał tam swoje doświadczenie, a dawno temu nabierał go wraz z m.in. Robertem Litzą Friedrichem, jeżdżąc w trasę z samą Sepulturą. Tomek Olszewski dobrał do tego projektu fajną ekipę – Marcina Leitgebera znanego również z Titus Tommy Gunn, Artura Nowaka i Krzysztofa Tercjarskiego – o wszystkich można powiedzieć, że mają sporo niespożytej energii muzycznej, co niewątpliwie zaowocuje na koncertach.

Muszę wspomnieć jeszcze o jednym, oprócz walorów muzycznych Eurograwitacja niesie ze sobą również bardzo interesującą warstwę tekstową i jest uderzeniem w trochę zastygły obraz rzeczywistości – tu nawiąże do twojego pytania o Capone’a- w Polsce odnalazłbyś ich wielu, zmierzają w stronę iluzorycznego planu po trupach, bez krzty moralności, z bandyckim uśmiechem. Parodiując znane powiedzenie o wspinających się po plecach olbrzymów, oni częstokroć wspinają się po plecach ludzi najsłabszych. Jestem pod wrażeniem Mega Jogi i czekam na koncerty.

 

Noc, w której wszystkie potwory zrodziła natura


 Camille Pagila wkracza do Polski

Gratuluję refleksu konserwatystom, którzy dopiero teraz odkryli idee głoszone przez Camille Pagila’e, choć jej bardzo interesująca książka Seksualne persony jest już dostępna na rynku polskim od 2006 roku. Każdy neokon powinien czym prędzej przeczytać pierwszy rozdział tej ksiązki zatytułowany: Seks i bunt, czyli natura i sztuka. Jest tam pełno prowokacyjnych tez, które dla feministycznego establishmentu bez wątpienia brzmią niczym totalne herezje. Nie będę teraz rekonstruował tych tez, ale w zamian spróbuję spojrzeć na popularny serial o Spartakusie poprzez pryzmat idei głoszonych przez Pagila’e. Dodatkowo polecam do zapoznania materiały z serii Camille Pagila demoluje: Baracka Obamę, Lady Gagę, Christophera Hitchensa, demoluje wszystkich i bije pokłony przed Zemstą Sithów.

Wszystko co w Zachodzie jest zachwycające, wywodzi się ze sprzeciwu wobec natury

Wróćmy na moment do sceny z filmu Gladiator, w której Marek Aureliusz zadaje Maksimusowi pytanie: dlaczego nadal chce walczyć dla Rzymu? Generał odpowiada, że widział wiele obcych ziem, które są mroczne i barbarzyńskie, a Rzym jest światłem! Czyli usprawiedliwieniem dla imperialnej polityki Pax Romana jest misja niesienia oświecenia i cywilizacji. Sztuczne struktury cywilizacji mają pełnić funkcję obronnej twierdzy przed potęgą brutalnej, barbarzyńskiej i irracjonalnej natury. Wbrew fantazjom Rousseau, nie ma powrotu do natury bez powrotu do przemocy. Na końcu drogi wytyczonej przez francuskiego filozofa jest zawsze Markiz de Sade. Wolność daje zdystansowanie i poskromienie natury, a nie nurzanie się w jej chtonicznych otchłaniach.

Czy jednak Rzym był cywilizacyjnym schronieniem przed inwazją barbarzyńskiej natury? Nie taki Rzym oglądamy w serialowym hicie o losach Spartakusa. Rzymski świat, widziany przez pryzmat tego serialu, jest jedną wielką orgią połączoną z barbarzyńskim upuszczaniem krwi. Dionizos zawsze wypełza z nor ziemi i stara się strącić Apolla w bagna natury. Seks jest czystą i nieokiełznaną naturą, która otwiera drogę ku ekscesom przemocy. Gdy Rzym dokonał filozoficznego przejścia od epikureizmu do hedonizmu, przypieczętował los cywilizacji przybijanej do krzyża ciała. Cywilizacji, której nie ocaliła już nawet chrześcijańska sublimacja seksualności.

Ilithyia – kocham i nienawidzę

Ilithyia jest potęgą natury zaklętą w jej kobiecej cielesności. Jest niczym freudowska modliszka żyjąca w świecie, w którym siły Erosa i Tanatosa są ze sobą ściśle powiązane. Jest rzymską kobietą fatalną, w której pulsuje niszczycielska siła natury. Mężczyźni chcą ja mieć w swoich ramionach i jednocześnie widzieć jej butwiejącego trupa pozostawionego na pastwę dzikiej zwierzyny. Chcą dla niej śmierci, ale nie mogą jej zadać. Nie potrafią pokonać potęgi daimonicznej natury wyziewającej z jej pięknego spojrzenia. Ich miecz jest bezradny. Dlatego śmierć musi jej zadać najlepsza przyjaciółka, która w makabrycznym rytuale wyrzyna jej dziecko z łona i na oczach konającej rodzicielki, rzuca się z dzieckiem w przepaść, trzymając je w czułym uścisku. Dwie matki natury, jedna śmierć. Pamiętajmy, że boginie płodności przybierały często złowrogie oblicze, tak jak hinduska bogini Kali (obwieszona wieńcem czaszek), która jest dawczynią życia i jednocześnie jego niszczycielką. Tej niezgłębionej potędze natury, wojnę wypowiedzieli słudzy Apolla, którzy sięgając nieba tworzyli cywilizację.

Poniżej: Ilithyia i zaklęta w niej noc natury.

Wszyscy jesteśmy ideologami, tylko o tym nie wiemy

Zizek toilets

Kto się pospieszy, to może się jeszcze załapać na kinowy seans Perwersyjnego przewodnika po ideologii. Poniżej trzy krótkie refleksje nad najciekawszymi momentami tego dokumentu.

Jak Rammstein pogrywa sobie z nazizmem

Czy Rammstein wykorzystuje w swojej twórczości motywy kojarzone z ideologią nazistowską? Žižek odpowiada, że Tak, ale czyni to w przebiegły sposób. Pogrywając sobie z elementami ideologii nazistowskiej, Rammstein dokonuje ich subwersywnego przezwyciężenia. Aktywnie przyczynia się do ich uwolnienia spod wpływów nazistowskiego horyzontu znaczeniowego, tym samym zwalcza nazizm od wewnątrz i przywraca społeczeństwu zagrabione przez nazistów symbole, hasła i gesty. Na dobrą sprawę w podobny sposób można kontrować Niesiołowskiego, który w pisowskim haśle: Obudź się Polsko, dostrzega tylko nazistowski okrzyk: Deutschland erwache. Może PiS dokonuje jedynie subwersywnego przywrócenia tego hasła społeczeństwu. W ten sposób można nakreślić nić łączącą pochody Kaczyńskiego, z teledyskiem Lady Gagi do utworu Alejandro oraz poczynaniami japońskich twórców anime, którzy swoje bohaterki przebierają w czarne i obcisłe mundury wojskowe. Jeśli tak to tylko wypatrywać momentu, w którym Žižek zostanie lodołamaczem torującym drogę Kawaii Prawicy do przejęcia władzy. Wyborcza i KP nie będą miały nawet specjalnie jak protestować, no bo przecież Žižek powiedział, że subwersywne pogrywanie z symbolami ideologii nazistowskiej jest ok. A przecież nastoletnie bohaterki rozjeżdżające Tygrysami gromady zwyrodniałych loliconów są chyba subwersywne?

Róbta co chceta i krytyka ideologii

Dokument Žižka rozpoczyna się od pamiętnej sceny z filmu Oni żyją, w której główny bohater przechadzając się po mieście zakłada tajemnicze okulary, które pełnią rolę narządzie demaskującego ideologiczną mistyfikację. Dzięki temu dowiadujemy się, że prawdziwym (ale ukrywanym) przesłaniem reklam jest dążenie do uczynienia z ludzi niewolników posłusznych konsumpcyjnym prawom rynku. Pierwsza refleksja ustanawia motyw przewodni całego dokumentu Žižka, dla którego najważniejsze jest ukazanie ideologii skrytej za kinowym ekranem. Idźmy jego tropem i dokonajmy odczarowania ideologicznego hasła: Róbta co chceta. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z mainstreamowym, liberalnym hasłem wzywającym do afirmacji różnorodnych stylów bycia. Z jednej strony może uderzać pustka tego przekazu. Nie mamy wam nic do zaoferowania, więc bądźcie kim jesteście i róbcie co chcecie. Z drugiej strony to hasło bardzo łatwo może zwrócić się przeciwko jego propagatorom. Czyż bowiem Axelio, który zasłynął z wykorzystywania Kononowicza, a jakiś czas temu podczas Przystanku Woodstock próbował boksować redaktora Miecugowa, nie mógł wziąć sobie tego hasła nazbyt do serca? Jednakże to hasło nigdy tak naprawdę nie oferowało tego, co było w nim rzekomo przyobiecane. Bardzo szybko do tego hasła dodano „ale” i dalej następowały kolejne wyjątki. Rób co chcesz, ale jeśli jesteś z Naszego Dziennika i robisz nieprzychylne dla nas dokumenty, no to nie jest cool. Jesteś z TV Republika, no to trzeba „gonić dziadów”. Rozgniewałeś Wałęsę swoimi książkami, no to „strzelić mu z baśki”. Prawdziwe hasło nie brzmiało nigdy Róbta co chceta, lecz Róbta co my chceta.

Dlaczego warto walczyć o chrześcijańskie dziedzictwo?

Žižek kończy swój film przewrotną apologią chrześcijaństwa. Wraz ze śmiercią Jezusa na krzyżu umiera transcendentny Bóg, tym co pozostaje jest komuna Ducha Świętego, która tworzy emancypacyjny i uniwersalistyczny kolektyw polityczny. Przesłaniem chrześcijaństwa jest to, że nie ma Wielkiego Innego, który czuwa nad nami. Dlatego tylko chrześcijanie mogą być prawdziwymi ateistami. Tylko prawdziwi ateiści, którzy przeszli przez doświadczenie chrześcijaństwa, mogą prawdziwie dokonać skoku w mrok niepewności wiary, gdyż nie ma nad nimi już żadnego Boga, Wielkiego Innego, Opatrzności lub marksistowskiej Historii.

Najważniejsze pytanie brzmi: Dlaczego filozof, który przyznaje się do ateizmu i materializmu, z uporem głosi, że trzeba walczyć o dziedzictwo chrześcijaństwa i nie można go pozostawić religijnym fundamentalistom. Žižek nie pragnie oczywiście pomóc tradycyjnemu chrześcijaństwu, lecz na swój sposób chce wykonać Heglowski ruch. Žižek dostrzegł w chrześcijaństwie prawdę, którą trzeba oczyścić z mitologicznych naleciałości. W ten sposób Jezus staje się społecznym buntownikiem, prześladowanym przez rządzący establishment religijno-polityczny, ostatecznie ponoszącym męczeńską śmierć ginąc na krzyżu pomiędzy dwoma innymi wyrzutkami społeczeństwa. Do tego dodać należy oczywiście opowieść o św. Pawle, który przebrany w szaty Lenina organizuje emancypacyjny kolektyw polityczny. Žižek wchodząc na pole refleksji religijnej otwiera nowy front walki ze swoimi ideologicznymi przeciwnikami. Tym samym dokonuje „poszerzenia pola walki”, a jego techniką staje się to, co w języku ekonomistów nazywamy mianem „wrogiego przejęcia” najważniejszych postaci i idei chrześcijaństwa. Istotę Boga i chrześcijaństwa w filozofii Žižka celnie oddaje przytoczony przez niego dowcip:

Bezbożny bolszewik umarł i trafił do piekła, z którego bardzo szybko zbiegł do nieba, by tam prowadzić propagandową działalność ku chwale komunizmu. Diabeł po zorientowaniu się, że go nie ma, czym prędzej udał się do nieba po swoją własność. Stanął przed Bogiem i rzekł: Panie oddaj diabłu to, co należy do niego. Na to odpowiedział mu Bóg: Po pierwsze, nie jestem Panem tylko Towarzyszem. Po drugie, czy ty jesteś chory psychicznie przecież ja nie istnieję. Po trzecie, streszczaj się bo spieszę się na spotkanie partyjnego komitetu.

 

Szturm na Bibliotekę Aleksandryjską jako akt wyzwoleńczy?

Davus Agora Parabolani

Parabolanie – Ci, którzy ryzykują życie

Parabolanie byli antycznym bractwem które oddawało się służbie ubogim i nieuleczalnie chorym. Często także zajmowali się grzebaniem umarłych, którym śmierć przyniosły niebezpieczne choroby. Z tego powodu zyskali przydomek „Ci, którzy ryzykują życie” i są gotowi na śmierć służąc Chrystusowi. Działali głównie w okolicach Aleksandrii. Z jednej strony byli ostatnią nadzieją dla wyklętych antycznego świata, ale z drugiej strony byli też bojówkami aleksandryjskich patriarchów. W torbach nosili chleb dla ubogich oraz kamienie. Brali czynny udział w atakach na pogan i żydów oraz w napaści na aleksandryjskiego prefekta Orestesa. Za atak na prefekta odpowiadał mnich Amoniusz, którego biskup Cyryl chciał ogłosić męczennikiem, ale sprzeciwiły się temu aleksandryjskie elity chrześcijańskie, które uznały, że śmierć Amoniusza była słuszną karą za poczynione przez niego niesprawiedliwości. Parabolanie uczestniczyli też w kampanii przeciwka Hypatii z Aleksandrii, która zakończyła się jej śmiercią. Rozbili także II Sobór efeski, który przeszedł do historii Kościoła jako synod zbójecki. Ich bractwo było prawdziwym paradoksem, w którym miłosierdzie i dar chleba przenikały się z nienawiścią i kamienowaniem. Ten paradoks uchwycił film Agora, do którego raz jeszcze powrócę.

Religia wyzwolenia, która staje się teokracją

Przyjrzyjmy się dokładnie scenie zniszczenia aleksandryjskiej biblioteki. Czy jest ona jedynie przejawem religijnego barbarzyństwa? A może zawiera się w niej opowieść o wyzwoleniu i początku nowego świata. Filmowy Davus jest sługą Hypatii, która traktuje go z szacunkiem, ale mimo całej swej filozoficznej mądrości nie neguje niesprawiedliwości antycznego świata opartego na niewolnictwie. W scenie ataku na bibliotekę jej obrońcy reprezentują stary, kastowy i elitarystyczny świat antyku. Natomiast szturmujący ją tłum jest zwiastunem fali nowego, uniwersalistycznego, egalitarnego, chrześcijańskiego świata. W kluczowej scenie Davus stoi pośród wiwatujących chrześcijan i nagle słyszy wołający go krzyk parabolanina Amoniusza. Mnich wykrzykuje do niego – „Niewolniku!” i prosi o pomoc w obalaniu greckiego posągu. Wraz ze zniszczeniem posągów upada elitarystyczny system niewolnictwa, który kultywował antyczny świat. W tej scenie chrześcijaństwo zostaje ukazane jako religia wyzwolenia. Ale co ze zniszczeniem biblioteki? Czy nie był to akt czystej destrukcji? Lewicowi zwolennicy teologii wyzwolenia nie powinni dostrzegać w tym zdarzeniu barbarzyństwa, lecz raczej akt wyzwoleńczy. Rewolucjoniści roku 1968 sami nawoływali do okupowania uniwersytetów i palenia bibliotek, w których znajdowały się reakcjonistyczne książki podtrzymujące niesprawiedliwość faszystowskiego systemu świata. Co mogli przeczytać szturmujący bibliotekę chrześcijanie wywodzący się z domów niewolników? Mogli przeczytać najwybitniejszego greckiego filozofa, który głosił, że urodzili się niewolnikami i jako niewolnicy są jedynie ożywionymi narzędziami. Po co im cała mądrość antycznego świata, skoro nie może ona im dać wolności?

Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Żadna idea nie jest zabezpieczona przed własnym samozaprzeczeniem. Religia wyzwolenia może stać się opresyjną teokracją. Parabolanie z inicjatorów wyzwoleńczego ruchu mogą przeistoczyć się w militarne bojówki. Dokładnie to przejście widzimy w scenie konfrontacji pomiędzy Cyrylem (który chciał przymusić polityków do publicznego odcięcia się i potępienia Hypatii) i prefektem Orestesem (ostatnim sojusznikiem filozofki). Tu znów główną rolę odgrywa Amoniusz, który wykrzykuje głośno pytanie: Czy prefekt nie uklęknie przed biskupem? Tak wdziera się podział i głęboka rana w żywej tkance młodego chrześcijaństwa. Chleb w torbach zawsze może zmienić się w kamienie. W ludzkim świecie „tego świata” nie ma bezpiecznych idei.

Do posłuchania: The Rule of the Parabolani. Poniżej: Scena zniszczenia Biblioteki Aleksandryjskiej od 6.30 najważniejszy fragment.

 

Dlaczego nie ma chrześcijańskiego anime?

Anime Chrześcijaństwo

Mangowa fantazja o chrześcijaństwie

Zdecydowana większość najważniejszych anime tworzonych jest w Japonii, w której chrześcijanie stanowią mniejszość religijną. Realnych chrześcijan jest w Japonii niewielu, ale dwóch niedawnych premierów, Taro Aso i Yukio Hatoyama, to wyznawcy katolicyzmu i protestantyzmu. Jednakże nie da się nie zauważyć, że popkulturowe chrześcijaństwo cieszy się w Kraju Kwitnącej Wiśni dużą popularnością. Chrześcijaństwo ma bowiem w Japonii pociągający smak egzotyki, którą trzeba odpowiednio zmodyfikować, by uczynić jeszcze bardziej cool. W ten sposób powstała specyficzna mangowa fantazja o chrześcijaństwie. Jakie są cechy tej fantazji? W mangach i anime nikt nie dba o adekwatne przedstawienie doktryny chrześcijańskiej oraz kościelnych rytuałów. W świecie anime wszystko jest możliwe, kardynałem może być kobieta a dziecko papieżem. Często przedstawia się Kościół katolicki jako zmilitaryzowaną organizację, której duchowieństwo uzbrojone w najnowocześniejszy arsenał zwalcza demony, wampiry lub zombie. Ewentualnie Kościół jest ukazywany jako złowroga organizacja, która została opanowana przez tzw. badassów, dążących do opanowania świata. Poza tym egzorcyzmy stają się kolejnymi magicznymi rytuałami, a duchowieństwo to nastoletni księża o urodzie bishonenów, biuściaste zakonnice i fashoniści, którzy nie spowiadają bez awangardowej fryzury, makijażu i ekscentrycznego uniformu. Generalnie dominująca mangowa subkultura nie jest zbytnio przyjaznym medium dla ortodoksyjnego chrześcijaństwa, gdyż jest w różnym stopniu przesiąknięta przemocą, wszechobecną erotyką i licznymi wątkami homoseksualnymi.

Od rozważań teologicznych do porno horrorów

Można wskazać sporo przykładów anime, w których wykorzystuje się motywy chrześcijańskie. Są oczywiście próby przerobienia Biblii na mangowy komiks lub przeniesienia na ekrany ostatnich chwil z życia Jezusa, czego dobrym przykładem jest animacja My Last Days. Poza tym są anime, które zawierają bardzo pozytywne przesłania i apologię uniwersalnych wartości, pod którymi mogą śmiało podpisać się także wyznawcy chrześcijaństwa. Dobrymi przykładami tego typu produkcji będą liczne animacje Studia Ghibli. Jednakże w zdecydowanej większości anime, które zawierają motywy chrześcijańskie można zaliczyć do gatunków religijnych horrorów, opowieści o egzorcystach lub pamiętników łowców wampirów (Blue Exorcist, Trinity Blood). Oprócz demonicznych, mamy także anielskie anime, choć w starym Angel Sanctuary mamy do czynienia raczej z aniołami już upadłymi. W tej kategorii pozytywnie wyróżnia się anime Haibane Renmei, które nie tylko odwołuje się do postaci cherubinów, ale jest także bardzo interesującą opowieścią o poszukiwaniu przebaczenia. W anime silnie reprezentowana jest także technognoza, którą znajdziemy w opowieści o modlących się robotach w Ergo Proxy oraz w absolutnie kultowym Ghost in the Shell, w którym pojawiają się też cytaty z Pawła z Tarsu. Zdarzają się też ciekawe anime, w których zawarte są teologiczne pytania o istnienie Boga i naturę zła. Tu dobrym przykładem jest romantyczny serial Ef – The Tale of Memories. Mniej wyrafinowanym gatunkiem są klasyczne strzelanki, w których zakonnice z dużym biustem i jeszcze większymi pistoletami rozwalają potwory wszelkiego typu (Chrono Crusade). Ten gatunek czasem degeneruje się w pornograficzne horrory typu hardcore hentai (Bible Black). Tu miejscem akcji, podobnie jak w oświeceniowych powieściach pornograficznych, często staje się plebania lub opactwo.

Evangelion i Hellsing

Nie można rozmawiać o chrześcijaństwie w anime bez nieco szerszego omówienia takich klasyków jak Neo Genesis Evangelion i Hellsing. Evangelion wprowadził modę na instrumentalne wykorzystywanie symboliki judeochrześcijańskiej. Sam wykorzystywał motywy Lilith, włóczni Longinusa i zwojów z Qumran. Trudno tu mówić o jakiś przemyślanym nawiązywaniu do chrześcijaństwa, raczej te motywy zostały wykorzystane jako element egzotyki, czyniący anime bardziej cool. To wykorzystanie przez twórców Evangeliona motywów religii zachodnich można interpretować na przynamniej dwa sposoby. Po pierwsze, może to być przejaw przyjęcia postmodernistycznej konwencji, która nakazuje mieszanie różnych form i treści kulturowych, bez konieczności nadawania im jakiejś spójnej całości. Po drugie, w Evangelionie może być zawarta przestroga przed imperializmem Zachodu. Chrześcijaństwo w anime jest często synonimem obcości, czegoś zewnętrznego i cudzoziemskiego, co może być zagrożeniem dla rdzennej tożsamości Japonii. W takim przypadku krzyż, który pojawia się na niebie po ataku aniołów, może być odczytywany jako widmo kulturowej kolonizacji, którą niesie chrześcijaństwo.

Najbardziej hardcorowym anime wykorzystującym motywy chrześcijańskie jest Hellsing Ultimate, któremu towarzyszy trzyodcinkowa seria Hellsing Dawn, której akcja dzieje się w Warszawie podczas Powstania Warszawskiego. W tym klasyku anime mamy do czynienia z brutalnym konfliktem trzech potężnych organizacji. Pierwszą z nich jest tytułowa organizacja Hellsing, która reprezentuje Kościół Anglii. Jej najpotężniejszym żołnierzem jest demoniczny Alucard. By odkryć jego prawdziwa tożsamość wystarczy odczytać imię od tyłu. Drugą siłą w tym konflikcie jest nazistowska i okultystyczna organizacja Millenium, której zastępy zasilają faszystowskie ghule. Trzecim graczem jest watykański Instytut Iskariota, którego defilady przypominają procesje wielkanocne w Hiszpanii. Instytutem dowodzi złowrogi arcybiskup Enrico Maxwell, a jego najpotężniejszym wojownikiem jest ojciec Alexander Anderson, który dysponuje nadprzyrodzonymi mocami. Przebieg konfliktu nie jest zbyt skomplikowany. Naziści napadają na Anglię, w konflikt angażuje się Instytut Iskariota, który chce zniszczenia wampirycznych demonów, ale jeśli przy okazji padnie kilku heretyków, to też nic się nie stanie. Nie mam wątpliwości, że w oczach księdza Natanka Hellsing to anime totalnie diaboliczne i każdy kto wchodzi z nim w jakikolwiek kontakt staje się kandydatem do natychmiastowego opętania, ale myślę, że pewne jego wątki mogą się spodobać antymodernistycznym integrystom, krzyżowcom i zwolennikom katolickiej supremacji.

Do obejrzenia: Tribute dla arcybiskupa Enrico Maxwella. Poniżej: materiał promocyjny Instytutu Iskariota.

 

Święty Paweł na szwajcarskim areopagu

Św. Paweł na Areopagu

Relacja z mojej podróży do Genewy na konferencję: The Wisdom and Foolishness of God. Reconsidering 1 Corinthians 1-2.

Podróż

Wybrałem podróż autokarem (Almabus), z Poznania do Genewy jedzie się dokładnie 24 godziny. Po drodze jest kilka przesiadek, bo trzeba pozbierać pasażerów z całego kraju. Kontrola dokumentów odbyła się we Wrocławiu, na granicy szwajcarskiej są niby jakieś bramki, ale żadnemu celnikowi nie chciało się ruszać z jego budki, więc wjazd i wyjazd odbył się bez przeszkód. W autokarach jest darmowe wi-fi, ale tylko na terenie Polski, w trakcie podróży pokazują filmy, w drodze powrotnej podróżowało z nami sporo dzieci i to matki wybierały film, by potem nie było pretensji do kierowcy o demoralizowanie młodzieży. Wybór padł na film Miłość i inne używki (z Anne Hathaway), miała to być komedia romantyczna, ale była raczej erotyczna, bo sceny łóżkowe były co 15 minut. Na postojach pojawiali się panowie oferujący grę w trzy karty, kierowca opowiadał, że już raz jeden podróżny zostawił u nich 3000 franków i potem gonił przez pole ziemniaków. W drodze powrotnej chciał wsiąść facet nawalony jak stodoła, ale całe szczęście kierowca nie wpuścił go do środka i zostawił na dworcu. W drodze do Szwajcarii wśród pasażerów było dwóch Rosjan, którzy wysiedli zaraz po przekroczeniu szwajcarskiej granicy, choć nie było tam postoju. Wzięli walizy i ruszyli w ciemny las, w krzaczki na maślaczki. Po drodze był postój w Pradze, która nocą prezentowała się bardzo okazale, choć na ulicach pełno kasyn i klubów erotycznych. Hitem był sklep – „Szybkie papu”. Poza tym był także nocny postój pod Allianz Arena w Monachium oraz poranne opowieści pana, który przekonywał jak to za komuny ludzie tworzyli wspólnotę, bo się integrowali stojąc w sklepowych kolejkach. A teraz, co mamy? Wiecznie błąkających się samotnych nomadów centrów handlowych.

Genewa

Generalnie postoje były w większości najważniejszych szwajcarskich miast takich jak: Zurych, Bazylea, Berno czy Lozanna. Wszędzie pełno plakatów nawołujących do brania udziału w demokracji bezpośredniej. W niektórych miastach posegregowane śmieci wystawiane są bez kubłów prosto na ulicę. Troszkę to dziwnie wygląda, bo człowiek idzie sobie ulicą a tu pełno wystawionych przy drzwiach śmieci stoi na chodnikach. Wyraźnie widać, ze szwajcarskie konta bankowe przekładają się mocno na średni poziom życia, bo na ulicach pełno kosmicznie drogich samochodów. Sama Genewa nie jest zbyt dużym miastem i ma zdecydowanie mniej mieszkańców niż Poznań. Jest to miasto francuskojęzyczne, ale spokojnie można tam się dogadać po niemiecku lub angielsku. Gdy dojechałem na miejsce, to przed rządowymi urzędami trwały akurat antyreżimowe protesty Irańczyków. Na ulicach panuje pełen multikulturalizm. Mieszka tam bardzo wielu Hindusów, Azjatów, Arabów i emigrantów z Afryki. Na reprezentacyjnych ulicach panuje wystawny przepych. Hotele wyglądają jak pałace, a sklepik z czekoladkami wygląda jakby tam zaraz miała wpaść jakaś królowa. Jadąc na wakacje trzeba pamiętać, by zabrać furę pieniędzy ze sobą. Za pokój trzeba zapłacić ponad 100 franków, za talerz spaghetti 30, nawet udawany francuski hot dog z budki na dworcu kosztuje 10 franków. Niestety w wielu miejscach każą sobie płacić za dostęp do hot-spotów, a ceny rozmów w roamingu są tam kosmiczne. Plusem jest to, że w hotelu dostałem kartę na darmowe przejazdy komunikacją miejską i mogłem liczyć na świetne śniadania przynoszone do pokoju. Jednakże i tam dotarł kryzys, na ulicy otrzymałem ulotkę z informację o likwidacji sklepu Dolce&Gabbany, wszystko minus 70 procent. Nawet takie marki muszą się tanio sprzedawać. Niestety z powodu obowiązków konferencyjnych nie miałem wiele czasu na zwiedzanie, ale załapałem się na ich gigantyczną fontannę, wyspę Rousseau, genewskie szachy uliczne oraz słynną ścianę reformacji. Trafiłem także na katolickie kościoły, w których nierzadko panuje ekumeniczny minimalizm, który prowadzi do tego, że ich wnętrza są bardzo skromnie zdobione. Natomiast w zborach kalwińskich nie ma praktycznie niczego, krzyż i mównica to praktycznie wszystko. Powiedzenie „pusto jak w kalwińskim zborze” jest jak najbardziej prawdziwe.

Konferencja

Dwa główne wykłady konferencji wygłosili: John Barclay (The Crucifixion as Wisdom: Exploring the Ideology of a Disreputable Social Movement) oraz John D. Caputo (The Weaknes of God and the Possibility of Radical Theology). Nagrania video obu wykładów można obejrzeć na stronie genewskiego uniwersytetu. Badaniu teologii słabego Boga, która promuje Caputo, poświeciłem kilka ostatnich lat. Moim udziałem w konferencji zakończyłem okres poświęcony na studiowanie tej koncepcji i przerzucam się na ortodoksję Chestertona. Poza tym na konferencji można było wysłuchać wiele interesujących referatów. Najciekawszą osobowością był prof. Andrew Louth, przedstawiciel kościoła prawosławnego, który wygłosił referat na temat Maksyma Wyznawcy. Popis intelektualnej siły dał Philipp Stoellger, który aparycją przypomina Foucaulta i obstawiał zwycięstwo Borussi Dortmund w finale Ligi Mistrzów. Pawłowa krytykę teokracji przedstawił David W. Odell-Scott. Kellen Plaxco, młody stypendysta Fundacji Fulbrighta pokazał recepcję listów Apostoła w twórczości Orygenesa i Didymusa zwanego Ślepym. Pojawił się także św. Tomasz z Akwinu, a to za sprawą referatów Michaela T. Dempsey’a i Adama Eitel’a. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszyły się referaty poświęcone teologicznej myśli Karla Barth’a. W tym temacie brylował Andrew Hay. Z ciekawostek warto wspomnieć, że dominującą formą było czytanie referatu z kartki. Słuchacze mieli także swoje własne egzemplarze tekstów. Cierpiała na tym interakcja mówcy z salą, bo referent czytał tekst a słuchacze razem z nim czytają swój egzemplarz jego przemówienia i skupiają się na podkreślaniu ważniejszych fragmentów. Dochodziło do tego, że cała sala w jednym momencie przewracała strony. Nagrania audio wszystkich wymienionych referatów dostępne są na w sieci.

Chesterton i skandal Krzyża

Św. Paweł głosił, że Krzyż jest zgorszeniem dla Żydów. Można jednak postawić pytanie: czy Krzyż może być także zgorszeniem dla chrześcijańskich teologów, a jeśli tak to jakie wydarzenie z ostatnich chwil życia Jezusa może wprawiać ich w zakłopotanie? Być może takim skandalizującym momentem jest przeraźliwy krzyk Jezusa: „Boże mój czemuś mnie opuścił”. Chesterton w swojej wzbudzającej drżenie romancy o ortodoksji sugeruje, że tylko w chrześcijaństwie sam Bóg przez moment „wydawał się być ateistą”. Odwołując się do ezoteryczno-egzoterycznej hermeneutyki czytania tekstów, którą zaproponował Leo Strauss można podać argumenty wskazujące na to, że ezoterycznym przesłaniem Chestertona jest teza, iż sam Bóg nie tylko „wydawał się” być ateistą, lecz był ateistą przez moment. To wahanie wiary u umierającego Jezusa można zinterpretować na przynamniej dwa sposoby. W pełni ateistyczne konsekwencje wyciąga Žižek, który głosi, że wraz z Jezusem na krzyżu umiera idea opiekuńczego „wielkiego Innego”. Po tak rozumianej „śmierci Boga” pozostaje jedynie Duch Święty, rozumiany jako uniwersalna komuna bez partykularnych podziałów, której Žižek nadaje wymiar stricte polityczny. Druga interpretacja odnosi się do mistycznej koncepcji „ciemnej nocy wiary”, o której pisał św. Jan od Krzyża. Noc wiary jest przepełnionym cierpieniem poczuciem bycia opuszczonym przez Boga. Ciemna noc duszy nie jest karą, ale specyficznym darem, który otrzymują najwierniejsi Bogu wybrańcy. Tego miał właśnie doświadczyć umierający Jezus, a wraz z nim błogosławiona Matka Teresa, która w ten sposób otrzymała duchowy stygmat. Jednakże ewangeliści przekazali nam także inne słowa Jezusa, w których rzekł On: „Ojcze w twoje ręce powierzam ducha mego”. To daje nam nadzieje na to, że mimo zwątpienia, w ostatniej chwili życia w akcie szalonej logiki, Jezus powierzył swoją duszę Bogu, któremu jeszcze przed chwilą zadawał pełne wątpliwości pytanie. Tym samym dał przykład postawy, która św. Paweł nazwał w pięknych słowach „nadzieją wbrew wszelkiej nadziei”. Tak w skrócie wyglądał mój referat. Tu można się zapoznać z moją prezentacją.

Poniżej: Rummelsnuff – gwiazda genewskich juwenaliów 🙂

 

Zombie w czasie stanu wojennego

Sztuka znikania wudu katolicyzm zombie

Obiecaną relację z wyprawy do Genewy opublikuję jak tylko w Internecie umieszczone zostaną materiały z konferencji. Dziś polecam zainteresować się intrygującym filmem dokumentalnym Sztuka znikania.

Gdy na Haiti wybuchł wyzwoleńczy bunt czarnej ludności wyspy, Napoleon zorganizował misję wojskową, która miała stłumić rewoltę. Uczestniczyli w nie Polacy, którzy sami cierpiąc z powodu zniewolenia własnej Ojczyzny, sympatyzowali z rewolucjonistami. Część ocalałych żołnierzy zdecydowała się pozostać na wyspie. W ten sposób splotły się polsko-haitańskie losy i rozkwitała duchowość będąca połączeniem katolicyzmu i wudu. Tak Matka Boska Częstochowska stała się boginią Erzulie, której policzek jest okaleczony trzema ranami.

Sługą bogini został także Amon Fremon, niebieskooki potomek polskich żołnierzy, który w 1980 roku przybył do Polskiej Republiki Ludowej. Początkowo otaczająca go socrealistyczna rzeczywistość wydawała się mu bardzo obca i dziwna. Amon trafił pewnego dnia na hucznie obchodzone narodowe dożynki, podczas których kobiety w ludowych strojach odprawiały rytualne tańce, skierowane do starców zmurszałej kasty partyjnych kapłanów. Nie tylko oni wydawali się być niepodatni na zaklęcia rzucane podczas rytualnych obrzędów. Dla przybysza z Haiti, Polacy wydawali się zapadać w otepieńczy sen, by nagle przebudzać się z marazmu kilometrowych kolejek i walczyć o cokolwiek, co zostało rzucone do sklepów. Potężne blokowiska przytłaczały pustką swych przestrzeni i bez oporu zanurzały się w ciemność chmurzącego się nieba. Tak zaczynała się noc demonów.

Amon wyrusza na poszukiwania sekretnego portalu, poprzez który duchy wkraczają do świata żywych. Odnajduje Pałac Kultury, który przypomina mu haitański nagrobek, z tą różnicą, że posiada okna. Okna w nagrobku to bardzo zły pomysł, gdyż to właśnie one są portalem otwierającym drogę duchom śmierci do nawiedzania polskiej rzeczywistości. Polakom wydawało się, że potrafili pokonać demony. Amon wspomina jak na bramie stoczni zawiesili portrety świętych i triumfalnie obnosili na rękach kapłana bogini Erzulie. Gość z Haiti, „dotknięty przez wiatr”, doświadczył bezpośredniej obecności bogini, która ostrzegła go, że duchy śmierci jeszcze nie zostały pokonane i przygotowują się do kolejnego ataku. Amon nie milczał, rozgłaszał to, co zostało mu objawione. Jednakże Polacy go nie usłuchali i odepchnęli. Wtedy zrozumiał, że bóstwa wybrały go do samotnej misji wyzwolenia Ojczyzny przodków z demonicznego amoku. Zwiastunem powrotu duchów śmierci była sroga zima, po której nastąpiła długa noc. To wtedy na ulice polskich miast wyległy szwadrony zombie (genialna scena przedstawiająca oddziały ZOMO, które w maskach gazowych wyłaniają się z ciemnego tunelu). Ludzie bali się zombie, gdyż wiedzieli, że w pobliżu musi się znajdować potężny kapłan, który zniewala i niszczy ludzkie dusze. Tym kapłanem był Jaruzelski. To właśnie z nim musiał się zmierzyć Amon. Czuł jednak, że haitańskie zaklęcia są zbyt słabe, by wyzwolić Polskę z demonicznego zniewolenia. Musiał wiec poszukać potężnego wsparcia. Odnalazł je w zaklęciach zawartych na stronicach Dziadów Mickiewicza. Amon odprawił rytuał, po którym wrócił do domu. Tam nikt go nie rozpoznaje. Wszyscy twierdzą, że stał się „biały”. Nigdy więcej nie odprawi już żadnego rytuału, gdyż swoje moce duchowe złożył w ofierze za uwolnienie Ojczyzny przodków. Ofiara została przyjęta, ale czy walka z duchami śmierci została zakończona? Przecież portal stojący w środku stolicy pozostaje nadal otwarty.

Do posłuchania: Sztywny Pal Azji – Nie gniewaj się na mnie Polsko oraz Wieża radości, wieża samotności.

 

Django i Booker T. Washington – dwie drogi wychodzenia z niewolnictwa

Booker T. Washington Django

You can’t hold a man down without staying down with him.

Kim jest Booker T. Washington?

Wszyscy znają Martina Lutera Kinga i Malcolma X. Kto pamięta o innym amerykańskim bohaterze walki o prawa obywatelskie jakim był Booker T. Washington (niektórzy mogą go mylić ze znanym zawodnikiem amerykańskiego wrestlingu). Washington urodził się niewolnikiem, a wolnym człowiekiem stał się wraz ze zniesieniem niewolnictwa w Ameryce. Od tego czasu rozpoczął swój brawurowy marsz ku coraz wyższym szczeblom politycznej, naukowej i wychowawczej kariery, tym samym stając się kolejnym przykładem możliwości wcielenia w życie amerykańskiego snu o karierze, która swe początki ma w ciężkiej pracy ludzi z nizin społecznych. Jego odpłatą za niewolę, której doświadczył za sprawą hegemoni białych plantatorów nie był świst rewolwerowych kul, lecz znakomite uniwersytety, zakłady pracy i przedsiębiorstwa pełne czarnej młodzieży, która by móc stać się prawdziwie wolną, musiała stać się ekonomicznie niezależna i życiowo samowystarczalna. Do przeczytania: autobiografia Up From Slavery i artykuł The Conservative Vision of Booker T. Washington. Do obejrzenia program Glenna Becka poświecony Bookerowi T.

Wszyscy chłoszczą Wuja Toma

W najnowszym filmie Tarantino genialną kreację stworzył Samuel L. Jackson, który wcielił się w rolę Stephena, czarnego majordomusa rezydencji jego okrutnego pana. W niektórych recenzjach filmu przyrównuje się Stephena do pamiętnej postaci Wuja Toma, co stanowi oczywiste nieporozumienie. Wuj Tom był, bowiem ucieleśnieniem cnót chrześcijańskich. Był niewolnikiem, który zawsze pokornie nadstawiał drugi policzek i stwierdzał, że od białych można się nauczyć wielu przydatnych umiejętności. Wujowi Tomowi zarzucano przyjęcie biernej postawy niewolnika, który pogodził się z własnym losem i zbytnią uległość wobec hegemonii białych (radykalno-lewicowi aktywiści piętnują swoich prawicowych adwersarzy takich jak Allen West lub Thomas Sowell nadając im miano współczesnych wujków Tomów). Tarantino na moment wprowadza do filmu podobny wątek, gdy Leonardo Di Caprio opowiada o niewolnikach, którzy codziennie golili brody swoim panom przy pomocy ostrej jak kosa brzytwy, a mimo tego nigdy nie podcinali im gardła. Django jest jakby próbą odpowiedzi na ten zarzut pokornego godzenia się z losem niewolnika. Natomiast filmowy Stephen nie ma w sobie ani krzty chrześcijańskiego miłosierdzia i nie jest kolejną wersją Wuja Toma, lecz znakomitym przykładem paradoksalnego zjawiska jakim jest „self-hating negro”. Współcześnie zarzut przyjmowania takiej postawy kieruje się pod adresem kontrariańskiego pastora Jamesa Davida Manninga, przy którego brawurowych kazaniach wymiękają najlepsze dissy produkowane przez ks. Natanka.

Bonusy do poczytania i pooglądania: artykuł na temat pojawiających się w filmie walk Mandingo, zwiastun pierwszego filmu o Django, w którym bohater był białym rewolwerowcem kasującym bandziorów w czerwonych kapturach oraz kultowa scena z narady Ku Klux Klanu.

 

Nie można Bogu służyć i Mamonie

Brands of Faith marketing religijny

Sugestia, że religia mogłaby zostać sprowadzona do wymiaru kolejnego produktu lub usługi oferowanej na rynku może wydawać się bardzo dziwna. Przecież to właśnie obietnica wyrwania człowieka z materialistycznej matni była tym elementem religii, który ją najlepiej sprzedawał i do niej przyciągał. Jednakże religia jako produkt nie jest żadnym widmem przyszłości, lecz jak najbardziej realną teraźniejszością. Przykładów można podać kilka. Wystarczy przyjrzeć się współczesnemu rozkwitowi celebryckiej kabały, nieco zmurszałemu już urokowi postmodernistycznej religijności New Age lub aktywnośc amerykańskich teleewangelistów takich jak Joel Osteen. Natomiast klasycznym przykładem religii, która już od swego zarania była towarem jest scjentologia, której twórca piszący opowiadania science-fiction w pewnym momencie wpadł na pomysł, by wizje świata w nich zawartą zacząć przedstawiać jako nową duchowość i alternatywną, wobec tradycyjnych kultów, religię.

Wskazane instytucje religijne zostały uznane przez Mara’e Einstein za najważniejsze przykłady „religijnych marek”. Działalność marketingowa tego typu nowych ruchów religijnych wykracza daleko poza handel przedmiotami z zakresu dewocjonaliów i ofertami biur podróży wspomagających organizację zbiorowych pielgrzymek. Takie nowe ruchu religijne, które pogodziły się z logiką konsumpcyjnej kultury, odrzucają ascetyzm i zaczynają koncentrować się na pomnażaniu własnych zasobów finansowych. W takiej sytuacji przestaje się liczyć wierność uniwersalnym i niezmiennym dogmatom, a na pierwszym miejscu stawia się praktyczną umiejętność dopasowywania się do potrzeb wiernych/klientów.

Tematyka relacji pomiędzy marketingiem i religią jest ważna także dla bardziej tradycyjnych form wiary. Religie nie rywalizują tylko pomiędzy sobą, lecz także konkurują z wieloma innymi świeckimi koncepcjami i stylami życia. By móc z nimi skutecznie konkurować tradycyjne religie muszą otworzyć się na nowatorskie środki komunikacji i zgłębiać praktyki dobrego marketingu. Także one powinny zadbać o swój wizerunek i budować swoją dobra markę. Natomiast kwestią sporną pozostaje pytanie o siłę wpływu otwarcia się tradycyjnie nierynkowych instytucji na logikę marketingu. Czy po takim otwarciu mogą one pozostać w istotowym zakresie niezmienione? Czy też takie otwarcie zawsze zawiera w sobie możliwość podążenia w kierunku religii postrzeganej jako pewna rynkowa usługa?

Do poczytania bardzo ciekawy blog autorki książki. Poniżej: intro do filmu stygmaty.